Category Archives: My opinions

Cwaniactwo w IT

Tytuł artykułu pewnie dość dziwny, ale tylko tak można określić to, czego doświadczyłem w tej branży. Jako że mam ponad dziesięcioletnie profesjonalne doświadczenie ze światem komputerów i co gorsza ludźmi z tej sfery, to czas na wnioski. Wbrew wszędobylskiej propagandzie, jak to dobrze jest w IT i jakie to kokosy czekają na różnej maści informatyków, muszę napisać prawdę, a może bardziej opisać moje doświadczenia.

Jako z historyk z wykształcenia i humanista z zamiłowania, nienawidziłem matematyki i wszelkich nauk ścisłych. W szkole nie szło mi tu najlepiej, a nauczyciele mi wiele darowali jako humaniście. Jednak widmo ciągłego bezrobocia wpłynęło na mnie orzeźwiająco i oto zainteresowałem się komputerami. Jeszcze w ogólniaku, nie mając komputera w domu, zadziwiłem panią z informatyki pisząc program w Logo, który rysował cztery prostokąty. Napisałem go jako pierwszy w mgnieniu oka, chociaż siedziałem przed komputerem sam, gdy przy innych siedziało po dwóch uczniów. Co dwie głowy, to nie jedna – chciałoby się powiedzieć. A tutaj taki sukces. DOS okazał się dla mnie szczęśliwy. Potem komputerów unikałem jak ognia i dopiero po studiach zacząłem poznawać Windows XP. Najpierw system, a potem jak szalony instalowałem różne programy i patrzyłem jak działają. Mniej więcej w tym czasie zobaczyłem Blendera, po czym zwątpiłem w swoją możliwość pracy w 3D. Interfejs mnie zabił. Na szczęście udało mi się wypożyczyć z biblioteki fajną książkę do HTML i CSS. I oto zacząłem lokalnie tworzyć strony WWW. Spodobało mi się i zachciało mi się spróbować pisania w C. Tak, to nie pomyłka. Znalazłem fragment kodu napisanego w C i… nic nie rozumiałem. Ale ja postanowiłem nauczyć się C wbrew zdrowemu rozsądkowi. Jako że wtedy jeszcze nie miałem dostępu do internetu, szukałem miejsca, gdzie mogłem dostać jakieś informacje na ten temat. Chodziłem do bibliotek i kafejek internetowych i kopiowałem, kopiowałem i kopiowałem na dyskietkę, potem na dysk CD informacje dotyczące programowania. Dużo było po angielsku i chociaż znałem ten język nijak nie potrafiłem zrozumieć, o co chodzi z tym zmiennym i funkcjami. Teksty po polsku rozjaśniły mi nieco sytuację. Oczywiście programistą w C nie zostałem, bowiem zdałem sobie sprawę, że to cholernie trudne, ale nauczyłem się przynajmniej podstawowych pojęć i ogólnie ogarniałem, co to w ogóle jest programowanie.

Testowałem różne języki. W międzyczasie otrzymałem dostęp do internetu i było mi łatwiej. Na początku postawiłem na WWW. Ile to ja serwerów WWW się nastawiałem i wkrótce uruchomiłem swoją pierwszą ogólnodostępną stronę WWW, którą napisałem w HTML i CSS. To było osiągnięcie. Prymitywna stronka, ale działała. W międzyczasie zetknąłem się z Linuksem jako alternatywą dla Windows XP. Były to systemy z rodziny SUSE, którym jestem wierny do dziś. Mimo że kilka razy skasowałem cały dysk w komputerze tracąc wszystkie pliki, brnąłem w Open Source z wielkim uporem. Chciałem być adminem systemów linuksowych. Nawet udało mi się zrobić dwa poziomy z administracji SLES. I już czułem się jak fachowiec, bowiem byłem na tym kursie jako jedyny, który nie miał ukończonych studiów informatycznych. Co ciekawe, nikt mi nie wierzył, że mam skończoną historię. Chociaż miałem podstawowe braki w ogólnej wiedzy informatycznej, wiadomościami o Linuksie rozłożyłem nawet samego prowadzącego, który zaczął mnie ignorować. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z tym słynnym “chamstwem” linuksiarzy. Prowadzący to był cwaniak do kwadratu, który udawał miłego, a potrafił dopiec mi jak mało kto. To jego przemądrzalstwo mnie dobijało. Przyznam, że byłem w lekkim szoku. Jednak najważniejsze było dla mnie to, że miałem dwa papierki od Linuksa i to po angielsku. Tego było mi trzeba. Zacząłem szukać roboty na Ścianie Wschodniej, gdzie mieszkałem. Wbrew temu, o czym mnie zapewniano, roboty znaleźć nie mogłem.

Raz trafiłem na dostawcę internetu, co wziął mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Padłem na technologi VoIP dlatego kazał mi przyjść potem, jak się trochę poduczę tej tematyki. Ale gdy wróciłem z nadziejami, okazało się, że już wzięli kogoś innego. To był wielki zawód dla mnie.

Dlatego rzuciłem się w wir programowania. Już na serio zająłem się C i C++. Pisałem z łatwością aplikacje konsolowe sięgając nawet po programy z GUI. Szło mi dosyć trudno, bowiem brak mi było podstaw do stania się profesjonalnym programistą. Miałem problemy ze zrozumieniem wielu rzeczy, chociaż czytałem o tym dziesiątki razy, aby jakoś pojąć to wszystko. Dużo rysowałem i robiłem wykresy, aby lepiej weszło do głowy. Przygodę z C i C++ zakończyłem na prostych programach, bowiem odkryłem Pythona. Pisałem jak szalony w Linuksie i szło mi to dobrze. To dzięki Pythonowi pojąłem, o co chodzi z tym programowaniem obiektowym, bowiem kiedy uczyłem się tego z C++, poległem. Z Pythona nic nie miałem, pracy nie było, dlatego zwróciłem się bardziej w stronę programowania biznesowego. I tutaj sporo pisałem w Javie, poznając wszystko, czyli środowiska i narzędzia. Potem był C#, który mi lepiej odpowiadał, tym bardziej że w międzyczasie zająłem się znowu 3D, kiedy odkryłem Unity 3D. I C# był tu pomocny. Mimo zajmowania się innymi językami i technologiami, zdecydowanie postawiłem na C#.

Trafiło mi się w moim miasteczku dostać się na rozmowę do miejscowego naprawiacza komputerów. Facet bez ogródek powiedział mi, że trudno kogoś znaleźć do roboty, bowiem u niego pracownicy wytrzymują najwyżej dwa tygodnie. Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a on mi doprecyzował, że u niego trzeba mieć wiedzę z zakresu siedmiu inżynierów. Innymi słowy, trzeba być supermenem, aby sprostać zadaniom. Był też zniesmaczony tym, że mam studia, bowiem on w zasadzie szuka kogoś po technikum. Absolwenta, bowiem dostanie dofinansowanie z Urzędu Pracy. Dla tych co mogą mieć problemy z myśleniem, bowiem są np. zmęczeni podsumuję: absolwent technikum z wiedzą siedmiu kierunków inżynierskich. Proste! Śmiał się też z byłych swoich pracowników, że nie pokończyli studiów informatycznych. Przeciągali robienie tego magistra, przeciągali, aż w końcu ich wiedza stała się przestarzała i… wszystko trzeb było robić od nowa. Podobało się cwaniakowi moje CV i moja wiedza, ale … mnie nie zatrudnił. Jak przyszedłem się zapytać, co jest grane, on coś tam mi powiedział, że wziął kogoś i ten ktoś się nie sprawdza i dobrze byłoby mnie wziąć. Obiecał, że do mnie zadzwoni i… nie zadzwonił, co było do przewidzenia. No cóż nie miałem wystarczających kwalifikacji na to stanowisko, miałem te cholerne studia z historii i nie miałem wiedzy siedmiu inżynierów. Jak to było w bajkach – za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma inżynierami żył sobie pewien cwaniak…

Miałem też utrzymywać serwis WWW w sklepie, a więc HTML, CSS, PHP i MySQL. Facet już niestety kogoś wziął, ale napalił się na mnie. Powiedział, że jak tamten się nie sprawdzi, to mnie weźmie. I nie wiem – chyba jednak tamten się sprawdził, bowiem zaproszenia do firmy od tego faceta nie otrzymałem.

Przez cały czas mego programowania na profesjonalnym poziomie podawałem o pracę jako programista w dużych miastach, głównie do Warszawy, ale też Wrocławia i Krakowa. I tutaj zetknąłem się z tym porąbanym światem rekruterów i pracodawców. Przyznam szczerze, że miałem wielkie nadzieje, ale szybko je rozwiano. Oto dowiedziałem się, że tak naprawdę nic nie wiem o programowaniu. Moja wiedza była warta funta kłaków, bowiem same znanie języka i umiejętność stosowania to nie wszystko. Trzeba było znać zaawansowane algorytmy, wzorce projektowe i frameworki. Ratowała mnie znajomość języka francuskiego, dość niepopularnego wśród informatyków, dlatego rekruterzy mnie wyłapywali w swoje bazie danych i za mną gadali – najpierw przez telefon, a potem przez Skype’a. Nie wiedziałem jednak, że wymagany poziom znajomości języka francuskiego powinien być jak po ukończeniu filologii romańskiej. Wałkowany byłem przez absolwentki z filologii z wielką zaciekłością aż mi potem głowa bolała. O ile z angielskim sobie radziłem, mój francuski był niewystarczający. Słyszałem zawsze to samo. Oczywiście znajomość perfekcyjnego angielskiego i francuskiego to nie wszystko, bowiem do tego trzeba było dodać całą szeroką gamę technologii informatycznych, którą musiałem znać z automatu. Szybko stwierdziłem, że oni wszyscy są nienormalni. Wymagania były z kosmosu. Jedna z rekruterek mi powiedziała, że nie mogli nikogo znaleźć w Polsce, to zwrócili się do mnie. O matko! I ja oczywiście też za mało wiedziałem. Odbyłem wiele rozmów i rozwiązałem wiele testów i na tym się skończyło. Nigdy nie otrzymałem pracy w ten sposób. Dzwoniły do mnie albo młode siksy, które pojęcia nie miały o czym mowa albo stare cwaniary, które zadawały mi durne pytania np. jak się pisze Moodle. Dzwonili też do mnie faceci, którzy się ze mną umawiali na rozmowę, a potem znikali bez wieści. Dla mnie stało się jasne, że to środowisko w Polsce to dno.

Gdzieś po drodze zrobiłem kurs grafika 2D i HTMLa dla projektowania stron WWW. Jedyne, co uzyskałem z tego kursu to to, że odświeżyłem sobie stare wiadomości. Naiwnością byłoby twierdzenie, że po takim kursie, zresztą finansowanym przez fundusz europejski, ktoś nas potraktowałby poważnie. Schowałem dyplom głęboko i nie pokazywałem go nikomu, aby żaden pracodawca mnie nie wyśmiał.

I pewnego dnia pojawiła się dla mnie kolejna szansa, bowiem w pewnej wiosce poszukiwano informatyka. Władza się zmieniła i ekipa też do wymiany. Oczywiście złożyłem papiery, chociaż kompletnie to olałem, bowiem to było poniżej moich ambicji. O dziwo zaprosili mnie na rozmowę. Było wielu ludzi – chyba wszyscy informatycy z okolic, w tym dwie dziewczyny. Pierwszy był test pisany. Jak na zapchloną wioskę, to pytania rzeczywiście były wymagające. I wystarczyło, aby kartki z testem pojawiły się na stole i jedna trzecia zrezygnowała. W tym te dwie kobiety. Zrozumieli, że to strata czasu. Ja pisałem – byłem strasznie napalony, aby pokazać, co potrafię. Kartki wzięte i rozmowa. Rozmowę kwalifikacyjną prowadził wiejski tłuk, bo chyba tak go trzeba nazwać, synek znanego miejscowego działacza PZPR, który to usiłował grać rolę wielkiego gminnego rekrutera. Do pomocy miał otyłą sekretarkę wójtowej (gdyby to był facet, na pewno by takiej nie zatrudnił). Byłem cholernie przygotowany na odparcie pytań z zakresu IT, a tutaj wiejski tłuk zaczął mnie wypytywać o sprawy osobiste, czyli o to, czy mam dzieci i dlaczego nie chce się żenić. Nie wiem jakbyście na to zareagowali, bo ja najzwyczajniej w świecie zacząłem się śmiać i tłuk odpowiedzi nie otrzymał. Potem już było bliżej IT niż “Randki w Ciemno”. Jakieś ogólnikowe pieprzenie of RTF. Czy wiem, co to jest? Czy umiem PHP. Na moją odpowiedź, że umiem, spytał jakie PHP znam: PHP1, PHP2, PHP3, PHP4, PHP5, a może PHP100. Odpowiedziałem, że PHP5, chociaż może powinienem powiedzieć, że PHP100 lub jeszcze lepiej PHP1000. Potem kazał ustawić tabelkę w Microsoft Office na laptopie. To był nowy Office z tym nowym ribbon i go nie znałem, bowiem to dla mnie był spory wydatek, aby nieć takie coś w domu na komputerze. Jedyne, co miałem, to piracki stary Office chyba z 2003 roku, jak się nie mylę i darmowe alternatywy, czyli LibreOffice i jeszcze coś tam. Nie do końca wykonałem zadanie, ale coś tam zrobiłem. Przy tym zostawili mnie samego i poszli sobie. Zostałem sam z durnym zadaniem do wykonania. Jak przyszedł gminny tłuk, to powiedział, że coś tam z Office’a wiem i że z najlepszymi spotka się sama wójtowa. O w mordę! Co za zaszczyt! No ale mnie ten zaszczyt ominął, bowiem odpowiedziałem nie po myśli tłuka na jego pytania dotyczące moich spraw damsko-męskich. Jak się okazało warunkiem otrzymania jakiejkolwiek roboty w tej gminie miało być ożenienie się z miejscową dziewuchą. A że sprawę uciąłem krótko, dalsza rozmowa kwalifikacyjna była już tylko cyrkiem na kółkach i z góry mnie skreślili. I tak oto nie zostałem fachowcem od komputerów w gminie. Dla ciekawych jeszcze dodam, że wybrano innego na to stanowisko, dobrego znajomego wójtowej. Fachowiec ten, podobno po studiach informatycznych, zrobił taki burdel w szkolnej sieci, że wezwana na pomoc profesjonalna firma miała pełne ręce roboty. I tłuk ten numer dwa wykonuje swoje rzemiosło do dziś, kiedy to piszę ten artykuł.

A tak całkiem niedawno miałem rozmowę z następnym tłukiem, tylko z wielkiej Warszawy, który tu szukał początkujących programistów, bowiem jak mnie zapewniał miał strasznie dużo projektów do zrobienia. Jak z nim gadałem przez Skype’a, to zapewniał, że tylko wystarczy się uczyć i najpierw da mi 3.000 na rękę (bez ZUSu ma się rozumieć), a potem będę dalej się uczyć i dojdę do takiego poziomu, że będę zarabiać 15.000 w miesiąc. Wszystko tak wyglądało, że już mam robotę. No, ale czekał mnie jeszcze test. Najpierw konfiguracja środowiska do pracy, a więc NetBeans IDE plus FTP plus SVN. Zrobiłem to bez trudu i oczekiwałem na prawdziwe zadanie z programowania. Powiedział, że za parę dni się odezwie. Odezwał się, ale na jutrzejszy dzień i oświadczył, że wybrał sobie kogoś, a ja nie jestem mu potrzebny. W tym czasie byłem już zaangażowany w projekty za granicą, zatem dla mnie to nie była tragedia. Ale podejście tego tłuka mnie zdenerwowało i miałem okazję nawsadzać mu trochę “mięsa”. Prawda jest bowiem inna. Udało mu się wyrwać jakiś kontrakcik na programik, za który wziął wielką kasę i w ramach oszczędności szukał przysłowiowego Murzyna na jego wykonania z wielkim podkreśleniem, że kandydat musi być początkujący. Dlaczego początkujący? Bowiem i płaca też początkująca, chociaż tak naprawdę wiedza kandydata musiała być zaawansowana, aby uporać się z algorytmami obsługującymi program do finansów. I jeszcze bez ZUSu. Cwaniatwo do sześcianu. Mrzonki o 15.000 rzucane na początek dla zachęty można między bajki włożyć.

Dlatego wszystkim początkującym w branży IT radzę się dobrze zastanowić, bowiem jesteście pod wpływem propagandy, która nijak nie ma się do rzeczywistości. Chcecie mieć dobry i uprzywilejowany zawód, zostańcie politykami lub kapłanami ;). Jednak aby zakończyć te wypociny jakimś pozytywnym akcentem, warto zauważyć, że na szczęście reszta świata to nie Polska i tam może się wam udać dostać normalną pracę w IT. Chociaż tam też są swoje problemy, z którymi się zetkniecie. Mi się udało. Wreszcie!

Ubiq – a MySQL Reporting and Analytics Tool for Business Users

Ubiq – a MySQL Reporting and Analytics Tool for Business Users

If you use MySQL databases and you don’t want to deal with programming, just try Ubiq out.

This project can be very interesting for persons who work in business. It’s good for your intranet or cloud in your company. Of course, you should have MySQL installed on you system first.

To get it, please go to the website:

http://ubiq.co/

Create your account. Now, you will be able to download Ubiq for your platform. I use Linux (openSuse), so I chose the rpm package.

As soon as you download Ubiq, unpack and go into the directory. You should make the file manage.sh executable, so run the command:

poganin@linux-7tpy:~/Pobrane/ubiq_linux_rpm> sudo chmod +x manage.sh

Now, you can ready to start Ubiq. First, you have to configure it:

linux-7tpy:/home/poganin/Pobrane/ubiq_linux_rpm # ./manage.sh

Select action for ubiq agent:

—————————–

1. Configure agent

2. Start agent

3. Stop agent

4. Check status of agent

5. Add/Remove database connections in agent

6. Remove agent

7. Update agent

8. Reset database connections

9. Quit

Select option(1-9):

1

User authentication

——————-

Enter EMAIL used for signup at Ubiq(q to quit):

tomasz.zackiewicz@wp.pl

PASSWORD used for signup(q to quit):

Poganin%1

Enter database details

———————-

Name of database:

projectadd

Host(127.0.0.1 or remote ip or url):

127.0.0.1

Port(leave blank for default):

 

Username of database user:

Adminek

Password:

Adminek

Save(s)/Re-enter(r):

s

Ubiq started successfully!

Setup complete

Press 0 to see menu again,1 to exit

1

linux-7tpy:/home/poganin/Pobrane/ubiq_linux_rpm #

Let’s create your first project

Entr project name:

Telimena

Click Save

Enter Dashboard Title:

Pierwszy

Save again

You should see:

Dashboard created successfully

Click Add View

You see the Dashboard, with which you can review your data in many ways. You can save the chart and export the current Dashboard as a image or share a link with other people. It’s a great solution.

So now you are ready to use Ubiq for your databases. Without knowing MySQL syntax, just dragging and dropping, you can see all your data in the ways you like.  To get more info, please go to:

http://ubiq.co/

For me, it works well. I haven’t got any bugs or other problems. In other words, ready for business.

W czym Linux jest lepszy od Windowsa?

W czym Linux jest lepszy od Windowsa?

Wiele jest artykułów na ten temat w Internecie, a wojna między linuksiarzami i windowsiarzami trwa i jest dotąd nierozstrzygnięta na korzyść jednej ze stron. Chciałbym, aby i mój głos był słyszalny w tym sporze. W końcu jestem użytkownikiem obu rodzin systemów od wielu lat i znam sferę IT doskonale. To daje mi prawo do sądów, które powinny być uznane za obiektywne przez czytelników tego artykułu.

Faktem jest, że dominuje na rynku Windows wśród desktopów, czyli sprzętu, który stoi na naszych biurkach w firmie i domu. I to Linux nie jest w stanie zmienić, chociaż bezsprzecznie dominuje wśród serwerów, mainframów, czy superkomputerów, a nawet urządzeń mobilnych. W sumie taki podział rynku mógł być zaakceptowany przez zwolenników Windowsa i Linuksa. I chociaż żadna ze stron nie porzuciła marzeń o dobiciu konkurencji, to jednak utrzymywało się formalne status quo. Do czasu!

Taki stan rzeczy nie mógł długo się utrzymać. W czasie status quo obie strony “zbroiły się”, a więc to była swoista cisza przed burzą. I tak ostatnio mieliśmy Windows 8 jako atak na pozycje urządzeń mobilnych ze słynnymi kafelkami oraz powstał projekt Ubuntu jako Linuxa, który ma być alternatywą dla desktopów. Obie inicjatywy nie udały się w stu procentach. Ani “kafelki” się nie przyjęły, a wręcz zostały zaatakowane przez masę użytkowników jako najgłupsza rzecz, jaka wyszła ze stajni Microsoft. Tak samo Ubuntu, mimo dużej popularności, został skrytykowanych przez bogów Open Source i GNU/Linuxa za to, że przestał być prawdziwym Linuxem.

Niby nic się nie zmieniło, bo podobne próby podejmowano od lat, aby zawojować rynek konkurencji, a jednak dużo się stało. To pokazało słabe strony tych systemów operacyjnych. Windows nie przyjął się w urządzeniach mobilnych, a Ubuntu w desktopach. W rezultacie Windows 8.2 skłania się do powrotu klasycznego menu z przyciskiem Start i Ubuntu traci na popularności na rzecz prawdziwych Linuxów, które mają błogosławieństwo bogów świata wolnego oprogramowania.

To pokazuje, że rzeczywiście przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Mimo nielicznych pozytywnych opinii o “kafelkach”, wypada zostawić przycisk Start, który jest powszechny w prawie wszystkich systemach operacyjnych. “Kafelki” powinny być w urządzeniach mobilnych, a więc powinny być oddzielne wersje dla desktopa i mobile. Desktop powinien mieć przycisk Start, bo nikt nie będzie macał paluchami ekran monitora. Trudne to fizycznie i niehigieniczne, a poza tym taki sprzęt jest kosztowny. Wystarczy to, co się nań napluje i co narobią muchy, plus kurz. Tłuste plamy po paluchach to za wiele. No a Ubuntu powinien wrócić do źródeł Linuxa, bowiem może być tak, że linuksiarze go wyklną i windowsiarze nim się nie zainteresują. A to oznacza śmierć całego projektu.

Używałem XP (Home i Pro) przez wiele, wiele lat. To był dobry system i rzeczywiście to był milowy skok dla Microsoftu. Ciągle jest używany i myślę, że przez wielu będzie nadal stosowany, mimo zapowiadanego końca wsparcia w kwietniu 2014 roku. Również siła przyzwyczajeń. Przycisk Start, ładny niebieski kolor i wiele innych zalet, które w praktyce nie są aż takie ważne dla użytkownika, ale cieszą oko. No właśnie i tu dochodzimy do sedna sprawy.

Aby system operacyjny osiągnął sukces, musi spełniać pewne kryteria. Jakieś osiemdziesiąt procent użytkowników systemów to, przepraszam za wyrażenie, idioci i lenie. Dosadne, ale prawdziwe. Taki punkt odniesienia powinni założyć ci, co mają wpływ na rozwój systemu operacyjnego. Te wszystkie wrzaski windowsiarzy, że Linux jest taki trudny. Nic nie można zainstalować, wszystkiego trzeba długo szukać w internecie i już nawet gdy to coś się znajdzie, to i tak brak jakieś biblioteki w systemie. Prawda, Linux jest trudniejszy niż Windows. Ale tylko dlatego, że ma nieco inną filozofię, architekturę i inne rzeczy niż produkt giganta z Redmont. Inny tak naprawdę nie oznacza gorszy, czy tym bardziej trudny. A ta cała “trudność” Linuxa to po prostu brak przyzwyczajenia. I taki windowsiarz lamentuje i płacze zamiast ruszyć główką, czasem trochę poczytać w necie. Naprawdę Linux dokonał wręcz “cywilizacyjnego” skoku od magicznego czarnego okienka. Z racji pracy (darmowej!) zapaleńców na całym świecie Linux nie stoi w miejscu. Dlatego oczekujcie kolejnych “cywilizacyjnych” skoków, które sprawią, że pingwinki szybko prześcigną rozwiązania konkurencji. Zwłaszcza widoczne są wielkie postępy w grafice. Tymczasem Windows to filozofia mniej za więcej, czyli mniej softu za większą kasę, jakby ktoś nie wiedział. Podstawową zasadą są zyski. Myśleli, że zarobią na “kafelkach”, a tu… lipa! Dlatego w panice zaczęto rozważania do powrotu menu Start. Nie oszukujmy się, Windows 8 się nie sprzedaje, jakby tego w Microsoft chcieli. Ciągle rynek jest trzymany przez XP. No i oczywiście Windows 7, który jest godnym następcą słynnego xpeka. Jednak ciągle ma wady typowe dla rodziny Windows. W końcu to nieco unowocześniony XP, architektura podobna, tylko interfejs graficzny ulega zmianie. Bo w końcu grafika w systemie jest dla przeciętnego użytkownika najważniejsza. Taki ktoś nie myśli o bezpieczeństwie systemu czy jego stabilności.

Bezpieczeństwo zawsze było piętą achillesową okienek. To jest wręcz banał, klepany od lat. Każdy o tym wie. A może nie każdy? I niewiele się tu zmienia. Zrobiono sporo, ale ciągle sprawa bezpieczeństwa Windows pozostawia wiele do życzenia. I nie chodzi tu o jakieś durne wyskakujące okienka z potwierdzaniem każdej czynności w systemie – to jest wręcz irytujące. Tu chodzi o odporność całego systemu na ataki, a to sprawa architektury systemu. I tu jest nadal źle. Serfowanie po internecie z Windowsem to spore ryzyko. Dlatego mądrzy ludzie używają do tego Linuxa. System ten ma dużą odporność na malware, bo ma inną architekturę wynikającą z długich doświadczeń UNIXa. Nie jest bezpieczny w stu procentach, bowiem to właśnie sam użytkownik jest najsłabszym ogniwem. Na głupotę tego ostatniego trudno poradzić. Faktem jest, że ponad 90% malware pisanych jest na Windows. Wpływ na to mają takie czynniki jak:

– popularność systemu

– znienawidzenie polityki Microsoft przez większość szanujących się hakerów

– niska odporność systemu na ataki

Popularność Windowsa to istotny czynnik mający wpływ na tworzenie wirusów. Zrobię sobie trojana. I tak w końcu trafi na źle zabezpieczone komputery. W końcu mamy miliony systemów Windows i iluś tam właścicieli zawsze okaże się naiwniakami. Linuksowych desktopów jest dużo mniej i dlatego trudniej trafić ofiarę.

Kto lubi Microsoft? Chyba tylko ci, co tam pracują. A i tam pojawiają się głosy krytyczne. Część użytkowników lubi, bowiem ta część ma radochę z fajnego systemiku, ale nic nie wie o polityce giganta z Redmont. Windows robił, robi i prawdopodobnie będzie robić wszystko, aby zdobyć monopol na świecie i dyktować ceny softu. Wszelkie działania zmierzają do tego, aby być niekompatybilnym z czymkolwiek. Nakładane są ogromne kary finansowe, ale to za bardzo nie zraża Microsoftu. Utrudniają współpracę i robią to iście po chamsku. Przypomina mi się tu słynna sprawa z Sambą i współdzieleniem plików i drukarek. Na tym cierpi użytkownik, czyli TY, a pewnie nie jesteś tego świadom. Wolność wyboru jest podstawowym prawem człowieka, a ci z Redmont chcą ten wybór nam odebrać. Nieładnie!

Każdy, kto używa okienek, wie, że Windows bez antywirusa nie powinien być podpinany do internetu. To tylko podstawowa ochrona, a skuteczność jej nie jest zadowalająca. Ja na moim XP miał kilkadziesiąt różnych programów, które dbały o bezpieczeństwo systemu. Dzięki temu miałem bezpieczne środowisko pracy. I to zawsze coś wlazło w system. Raz miałem słynnego trojana udającego policję i wcale nie byłem na stronie porno. Ale to podobno wina dziurawej Javy. Nie ważne, istotne jest, że mnóstwo czasu spędzałem skanując komputer i badając ruch sieciowy. Strata czasu!

Są  jednak i tacy, co mają ambicje napisać coś niedobrego na Linuksa. Naprawdę podziwiam ich umiejętności, bowiem muszą być nieprzeciętne. Są także odważni, gdyż:

– stosunkowo niewielka popularność systemu

– ukochane dziecko hakerów, dopieszczone do granic fizycznych możliwości

– wysoka odporność na ataki

Mimo wielu zalet i niewielu wad, Linux nie jest zbyt popularny jako system desktopowy i nieprędko będzie w obliczu nieuczciwych praktyk Microsoftu (np. sprzedawanie komputerów razem s systemem). Niektórzy wręcz twierdzą, że w ogóle nie będzie, ale ja z tym się nie zgadzam. Spodziewam się, że Linux w końcu na tyle dojrzeje, iż zaspokoi tych najbardziej wymagających. Póki co, celów do trafienia jest więc niewiele. Liczbę aktywnych Linuksów można sprawdzić na ciekawej stronce: http://linuxcounter.net/. Z moich obserwacji i doświadczenia wynika, iż desktopowych systemów operacyjnych bazujących na technologii UNIX jest w użyciu od 20 do 30%. Większość z nich jest jednak używana równocześnie z Windows.

Zwykle to krakerzy, czyli ta gorsza część hakerów, pisze wirusy po to, aby komuś zaszkodzić. Trzeba powiedzieć jasno: to przestępcy. Mają takie umiejętności. Jednak dla nich Linux to świętość, bowiem często sami go współtworzą. Niewielu renegatów ośmiela się podnieść rękę na ten system. Poza tym reszta hakerów, tych dobrych, wie jak zabezpieczyć system, aby ci źli niewiele mogli zdziałać. Jak w strategii wojennej, środki obrony zdecydowanie przeważają nad środkami ataku. Na szczęście. Dla użytkownika oczywiście.

I stąd właśnie wynika ta słynna odporność Linuksa na ataki krakerów. Admini wiedzą, że nawet zainfekowany Linux daje się używać. Nikt jednak nie powiedział, że można spać spokojnie, bowiem nie ma siły na Linuksa. Czasami urodzi się geniusz albo głupi użytkownik i zdarzy się skuteczny atak. Bardzo rzadko, nie każdego dnia jak pod Windowsem. Generalnie wirusy są niegroźne na Linuksa. Tak samo robaki czy trojany. Jednak taki Linux może zainfekować Windowsy w sieci. Co do samego Linuksa, to dosyć groźne są botnety. Tutaj zalety Linuksa mogą okazać się jego wadami, gdyż pingwinek doskonale nadaje się do bycia groźnym zombie. Na szczęście mamy wiele poziomów bezpieczeństwa w Linuksie i przejście ich jest dosyć trudne dla intruza. Ale niestety możliwe. Wystarczy zachować zdrowy rozsądek i używać dobrego hasła do roota. O odporności pingwinka na ataki niech świadczy to, iż przytłaczająca większość serwerów chodzi na Linuksie. Admini i projektanci sieci komputerowych po prostu wiedzą, co dobre. Nawet podobno Microsoft używa do tego Linuksa…

Inną ważną kwestią jest to, że kod Windowsa jest zamknięty. My nie wiemy, co tam jest zawarte. Wiele gigabajtów kodu, a tak niewiele użytecznego softu w systemie. Nie zastanawiało Was to? Po co, do cholery? Ano po to, aby zainstalować tam parę “fajnych” rzeczy, przed którymi rozsądny człowiek się broni. Szpiegostwo! Mówi Wam to coś? Nie od dziś wiadomo, że Microsoft ma układy z agencjami wywiadowczymi USA. To nie mit. Windows na każdym komputerze w każdym kraju i w każdej rodzinie. Grzech tego nie wykorzystać. Użytkownicy Windows dostarczają mnóstwa pożytecznych informacji dla FBI, CIA, NSA i innym potworkom. Nie każdy jest terrorystą, ale do licha ich to nie obchodzi. Chcecie ujawniać wszystko to, co robicie w wirtualnym świecie? Już fejsbuk jest wystarczającą kopalnią wiadomości o Was i Waszym życiu. Na pewno nie będzie przesady jak powiem, że głównym celem giganta z Redmont jest szpiegowanie, a nie dostarczenie dobrego oprogramowania. Płacicie za system i w nagrodę macie wszechstronnego trojana. To samo dotyczy Maca. No i chyba Ubuntu. Tylko Open Source daje dużą gwarancję, że nie będziecie szpiegowani. Kod w prawdziwym Linuksie powinien być otwarty. Każdy może zajrzeć do środka, aby sprawdzić, co instaluje na komputer. Społeczność wspierająca Linuksa kontroluje sama siebie. Tu nie ma miejsca na jakieś nieczyste zagrywki. I dlatego ta idea się sprawdza.

Windowsiarze argumentują, że na Linuksa nie ma tyle oprogramowania, co na Windowsa. W pewnym sensie jest to prawda, ale na Maca jest jeszcze mniej i są tacy, co płacą słono za ten system. Chyba tylko dla szpanu, bowiem Mac to nie żadna rewelacja. To po prostu przerobiony UNIX. Tak, OS X, którego używasz, jest pokrewny Linuksowi. To nie jest Linux, ale mają wspólnego zacnego przodka. A skoro tak, to dlaczego nie wybrać darmowego Linuksa? Oprogramowanie? Są tysiące pakietów dla Linuksa i liczba ich rośnie. Każdy sobie coś znajdzie. Nawet sam system tuż po zainstalowaniu zawiera mnóstwo pożytecznego softu. 90 czy nawet 100% tego, czego potrzebujesz i wymagasz od nowoczesnego systemu. W porównaniu do tego Windows po zainstalowaniu jest “goły”, nawet w wersji Ultimate. To, że czegoś na Linuksa nie ma, to nie wina samego Linuksa. To firma, która nie produkuje wersji na Linuksa, ponosi za to pełną odpowiedzialność. Dobrym tego przykładem jest Unity3D. Mnóstwo ludzi prosi o edytor na pingwina. I jak dotąd prośby nie odnoszą skutku. Czyni tak wiele firm. Czyżby byli przekupieni przez Microsoft?

Nie trafia do mnie tłumaczenie, że zbyt mało jest użytkowników Linuksa. Wszelkie dane na ten temat podawane w internecie są mało wiarygodne. Trudno jest policzyć użytkowników Linuksa. Jednak, jak już pisałem, z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że ok. 20-30%. Część z tych ludzi używa i Windowsa, i Linuksa. I to jest rozsądne wyjście. Rzeczywiście Windows w pewnych dziedzinach jest po prostu lepszy. Jeszcze lepszy, bo kto wie, co będzie jutro. Branża IT rozwija się błyskawicznie, a w tym dystrybucje Linuksa. Widać to po częstych aktualizacjach systemu. Ciągle pracują nad ulepszeniami. Dobrym tego przykładem jest openSuse.

Z tą dystrybucją mam do czynienia od lat i właściwie byłem jej wierny przez ten czas. Eksperymentowałem trochę z innymi pingwinkami, ale jednak openSuse jakoś jest najbardziej przekonywający. Być może i są lepsze Linuksy, jednak ten system ma wiele zalet, które cenię. I tutaj z wersji 12.2 przeskoczyłem do 13.1. Zostałem pozytywnie zaskoczony. Zachowano niezawodność i stabilność dawnego suska i dodano wspaniałą grafikę, w tym tą 3D. Istotnie, kiedyś openSuse odstawał graficznie od Windowsa, ale teraz wraz z dystrybucją 13.1 wszystko się zmieniło. Dzisiaj Linux to nie tylko czarne okienko straszące windowsiarzy, ale też i wspaniała grafika. Niewątpliwie jest to krok w dobrym kierunku, co zostało zapoczątkowane przez Ubuntu. Po prostu postawiono na perfekcyjną grafikę. W ten sposób droga do zdobycia rynku desktopów została otwarta. Bez żalu wywaliłem mojego starego xpeka. Przede mną nowoczesny system, który jest w stanie spełnić oczekiwania najbardziej wymagających windowsiarzy. Problem polega tylko na tym, czy zechcą lekko nagiąć swoje przyzwyczajenia. Pewnie z czasem to nastąpi. Odpływ użytkowników od Windowsa jest możliwy. Jednak Linux musi jeszcze popracować nad pewnymi niedociągnięciami.

Wiele zrobiono, ale ciągle trzeba popracować nad wyszukiwaniem i instalowaniem oprogramowania dla Linuksa. To musi być łatwość zbliżona do tego, co mamy pod Windowsem, aby przyciągnąć nowych użytkowników. Nie może być biegania po internecie, bo ludzie są za leniwi. I wielu ma problemy z licznymi dystrybucjami i tymi numerkami od wersji. Muszą jakoś społeczności linuksowe się porozumieć i nieco ujednolicić cały system oprogramowania, aby każdy pakiet można było zainstalować na każdym Linuksie. To byłby ideał. Bez tego windowsiarze będą wiecznie narzekać.

Linux jest w stanie zastąpić Windows prawie we wszystkim. Prawie, ponieważ jest jedna dziedzina, która ciągle kuleje. Tak, to są gry. Dla mnie to nie jest koniec świata, bowiem nigdy wielkim graczem nie byłem. Jednak wiem, że wielu by chciało widzieć platformę linuksową idealną do gier. To jest bastion Windowsa, niezdobyty, ale pojawiają się pierwsze wyłomy. I tak udało się nam uruchomić Unity3D z Wine i PlayOnLinux. Na openSuse 13.1 działa doskonale (napisałem o tym artykuł na tym blogu). Ale to za mało, czekamy na powstanie prawdziwych silników do tworzenia gier na Linuksa, łatwych do instalacji i w obsłudze, bez kombinowania i bez emulacji. Tutaj mamy przede wszystkim inicjatywę Valve i Steam. Nie będę w to wnikał, zainteresowanych odsyłam do internetu. Na Linuksie mamy wspaniałą akcelerację 3D, a OpenGL jest nawet lepsza niż słynny DirectX. No to, gamedeveloperzy, do dzieła!

I windowsiarze jeszcze powiedzą, że Photoshop i parę innych programików nie działa na Linuksie. To fakt, ale — powtórzę jeszcze raz — brak jakiegoś programu dla Linuksa to nie wina samego Linuksa. Mamy linuksowe zastępniki, czasami lepsze od oryginałów. I darmowe. Dokonał się tu znaczny postęp i ciągle przybywa tego softu. Sprawdzajcie zatem repozytoria. Być może GIMP okaże się dla Was lepszy niż produkt Adobe. Z drugiej jednak strony, ilu ludzi używa tego Photoshopa czy innego programu niedostępnego na Linuksa? Garstka. Czy to może dyskwalifikować Linuksa jako system. Dla jednych pewnie może, ale dla większości to nie jest powód, aby nie poświęcić trochę czasu i trudu i nie zainstalować darmowego, eleganckiego i przyjaznego użytkownikowi Linuksa. Wybór dystrybucji pozostawiam Wam, ponieważ sami najlepiej wiecie, czego Wam trzeba. Macie wybór. To zupełnie inna polityka niż to, co robi Microsoft

Miłego linuksowania,

Tomasz “Tomza” Zackiewicz

Lina IT Technologies

P.S. Wszystkim windowsowym niedowiarkom proponuję openSuse 13.1 ze środowiskiem KDE. To system, który nigdy nie zawodzi i ma największe szanse być prawdziwą konkurencją dla Windowsa na rynku desktopów.

Linux vs. Windows

Linux vs. Windows

I changed my Windows into openSuse and I’m glad. It’s one of my best decisions in my life. At last, I feel free with my computer. It’s bad many software companies are trying not to see Linux users. I’m really angry with them. The freedom would be more beautiful if every Windows software had always its equivalent in Linux. So far, it’s my dreams only. I’m a game developer, and the most powerful game engines are for Windows only. However, I won’t give up. I was forced to leave Unity 3D for Blender. Blender is a really good game engine; maybe even better than Unity 3D. Full modeling and animation support. No problems with exporting. Now, I’m learning Blender. Soon, you will get my new games. Some of them will be for free. So be patient!

Unity3D and Linux

I’m leaving Windows to use Linux. However, I have a problem because one of my favorite programs, Unity 3D, isn’t working well on Linux. I am very angry with the Unity Team because they did not make Unity Editor for Linux. Such a version should have been made a long ago. I see many people leaving Unity 3D because this software doesn’t work with Linux. Yes, some hackers can start Unity 3D on Linux but it doesn’t work perfectly. Unity 3D needs a very good performance to render all graphics. That’s why game developers are waiting for the Linux version that could be started with no troubles.

So far, I am forced to use Torque 3D that is now open and free to use. Unity must change its policy not to be behind. The first step to do that is releasing the Unity Editor for Linux. Authors of good software can’t simply ignore Linux users.

So, I’m waiting…

CIA Prisons in Poland and Romania

Some years ago, the people in Poland got the news that the CIA were keeping Afghan fighters in Poland and Romania. The prisoners were taken from Afghanistan, and then they were detained in a secret base in Masuria (Northern Poland). Later, they were transported to Guantanamo (Cuba).

Our politicians, asked by journalists, denied. But we know they were lying. Some people saw American military aircrafts and black cars. This proceeding broke our and international laws. And our politicians still had no idea of that. Really? Human rights defenders in the USA found some evidences there that Americans were detaining the Afghan prisoners, but our politicians kept on lying.

Well, politicians are liars not only in Poland. I don’t trust politicians, and you shouldn’t trust either. They are cheating people all the time, and you should observe that the change of governments doesn’t work. They all are the same — liars and bastards. FUCK POLITICIANS AND THE SYSTEM!

The greenhouse effect

The greenhouse effect is baloney. I have always known that. Many corporations have sold technologies and earned billions dollars. Some bribed scientists supported them. No wonder some people believed in this untruth. It have been repeated for years. Now we know that it’s not true. It’s a natural process, probably connected with some conditions of the sun. People have a really small impact on what’s happening on the globe. That mechanism seems too huge to disturb it. Especially people are too weak to do something like that. Yes, we should take care of our environment, but only for our good, not for the Earth. The Earth will cope with such problems. Do not believe your governments — they are lying all the time, because they are in this mafia. They have money, big money THERE ARE NO GREENHOUSE EFFECT MADE BY MANKIND!!!