Category Archives: Uncategorized

Paweł Pollak pogromcą grafomanów

Doskonale, że Pan, Panie Pawle, dostarcza mi rozrywki tymi wpisami. Jednak nie będę tworzył więcej postów na temat Pana i Pana twórczości, bowiem to nie jest blog o Pawle Pollaku. Będę rozwijał ten post wedle potrzeb. A czytelnicy będą mieli wszystko w jednym miejscu.

Widzę, że polemika nabiera tempa. I bardzo dobrze – niektórzy może się rozwiną intelektualnie. Szansa zawsze jest, nawet na stare lata. Ach, taki wielki umysł, a pojąć prostych prawd nie może. No cóż, kilka rzeczy trzeba sprostować i na pewne pytania odpowiedzieć. Zatem do dzieła!

Po pierwsze proszę się uspokoić, bo zbyt wiele emocji niczemu nie służy, a na pewno merytorycznej dyskusji. Emocje górują nad zdrowym rozsądkiem, Panie Pawle, co widać w Pana najnowszym wpisie. Niektóre Pana wypowiedzi wydają się być na poziomie przedszkola, nie obrażając przedszkolaków. Panie Pollak, bądźmy poważni. Ja wiem, że poczuł się Pan dotknięty przez mój tekst (chociaż to nie był mój cel), bo do tej pory to Pan atakował innych ludzi. Jak to się mówi, nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka. No cóż, tak wyszło, trzeba ponosić konsekwencje bezmyślnego ujadania w internecie.

Pierwszy Pana wpis jeszcze był pozbawiony zbędnych emocji, ale z tym drugim to chyba Pan przesadził. Puszczają Panu nerwy, Panie “łowco grafomanów”, a to niezbyt dobrze Panu wróży na przyszłość. Poświeciłem swój cenny czas i chciałem Panu wytłumaczyć pewne rzeczy w tym drugim wpisie na moim blogu, aby Pan wreszcie zrozumiał fakt, że nic nigdy nie płaciłem żadnemu wydawnictwu zarówno w Polsce jak i za granicą, ale ciągle to do Pana jak widać nie dociera. Ile razy mam to powtarzać? Po szwedzku mam to napisać czy jak? Gdyby umowa z wydawcą zawierała jakiekolwiek płatności z mojej strony, nie zostałaby przez mnie podpisana. Tyle w temacie. Stworzył Pan hipotezę, którą Pan stara się wszelkimi sposobami udowodnić, wrzucając wszystkich do jednego worka. Zagubił się Pan w tym wszystkim, tracąc kontakt z rzeczywistością. Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła za pieniądze. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje. No chyba, że Pan nie ma o czym pisać.

Tak zajadle Pan atakuje tych “grafomanów”, że stało się to już Pana obsesją. Niektórzy widzą białe myszki tudzież szczury (rażone prądem, ale nie koniecznie tylko te), inni zaś… “grafomanów”. Gdzie Pan nie spojrzy, “grafoman” siedzi. W szafie schował się jeden a w lodówce drugi. A kysz! Śnią się Panu po nocach? Prześladują Pana? Już jest tak źle? Wyjdą w nocy spod łóżka i Pana zjedzą. Jeszcze trochę i sam Pan zostanie “grafomanem”, gdyż chyba za bardzo się Pan w to angażuje. Zakazi się Pan tym “grafomaństwem”, co byłoby wielką szkodą dla polskiej literatury. Taki talent uległby unicestwieniu.

No dobra, będę już poważny. Na początek proste chyba pytanie: gdzie jest ta granica grafomaństwa? I kto ją ma wyznaczać? Pan? Według Pana Pan i tzw. “wielcy literaci” wydawani przez “wielkie wydawnictwa” w Polsce to nie “grafomani”, to “kwintesencja polskiej literatury”. Bo umieją lepiej składać literki jak sądzę. Oczywiście, że tak, bowiem wielka literatura powstaje z pijackich fantazji i wychodzi spod delirycznej ręki, tworzona często przez wykolejonych samotników nie potrafiących nawet zawiązać rodziny, a najlepiej jak się jest “tęczowym” i nosi czapkę stylizowaną na wojskową z symbolem SS. Ale “wielkiemu literatowi” wolno więcej. To nic, “wielki talent” zawsze znajdzie ujście i zostanie doceniony przez “wielkie wydawnictwo”, prowadzone przez kolegę lub koleżankę “wielkiego literata”. A narody padać będą na kolana i sławić będą imię “wielkiego literata”, bo toż to “wielki literat”. I takiż to wielki literat brzydzi się “grafomaństwem” a zwłaszcza Wydawnictwem “Psychoskok”, złem wcielonym wykorzystującym naiwnych i niewinnych autorów. Dlatego “wielki literat” zwalcza “grafomaństwo” całą swoją mocą, aby uchronić nieświadomych czytelników przed tą straszną zarazą.

Czytałem sporo tej tzw. literatury z górnej półki, między innymi tych autorów z wydawnictw, które zostały przez Pana wymienione w tekście. Zapewniam, że do ich grona nie pretenduję, gdyż jest nam razem chyba nie po drodze. Ja Panu powiem tak, ta Pańska wielka współczesna polska literatura to rynsztok i żul spod budki ma więcej do powiedzenia niż “literat” taki jak Pan. Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Problem jest jednak taki, że owy żul nie należy do towarzystwa wzajemnej adoracji i raczej jego historia nie ujrzy światła dziennego. A szkoda. I tu ma Pan odpowiedź, kto Panu “pozwolił” być literatem. Tajemnica została rozwiązana. Nie kosmici, tylko znajomości jak wszędzie w Polsce. Dawno temu w jakimś telewizyjnym programie Jerzy Pilch powiedział, że żeby nie znajomi z wydawnictwa (mam nadzieję, że nie “Psychoskok”, ale pewności nigdy nie ma), prawdopodobnie nigdy by nie został pisarzem. Powiedział też – uwaga Panie Nieomylny – aby najpierw próbować self-publishingu w przypadku odmowy wydania przez tradycyjne wydawnictwa i jeśli książka jest coś warta, to znajdzie nabywców. To nie są dokładne słowa, jakie wypowiedział, ale sens ten sam. Czyli Jerzy Pilch popiera “grafomaństwo”, a może sam też jest “grafomanem”. No i się tu Pan “zaorał”, Panie Pollak. R.I.P. Tak jeszcze dodam dla Pań wątpiących, że kiedyś w USA przeprowadzano eksperyment, gdzie poproszono znanego amerykańskiego pisarza o napisanie utworu pod innym nazwiskiem i wysłanie tego do wielu wydawnictw. Chciano wiedzieć, ile wydawnictw odpowie pozytywnie. Ku zaskoczeniu ekipy przeprowadzającej eksperyment, żadne wydawnictwo nie chciało wydać tekstu podpisanego przez nieznane im nazwisko. Po jakim czasie ten sam tekst został wysłany ponownie, tym razem pod prawdziwym nazwiskiem. Od razu pojawiły się konkretne propozycje wydania książki. Podobny eksperyment przeprowadziła ostatnio J.K Rowling z takim samym skutkiem. To dowodzi jak idiotyczny jest przemysł wydawniczy.

Większość początkujących pisarzy popełnia ogromny błąd licząc, że takie osoby jak Pan Pollak dadzą in namaszczenie dla zaistnienia w oficjalnym świecie literackim. To zamknięte grono z gęstym sitem, gdzie talent to stanowczo za mało. Gdyby nie sypanie im nagród (za co?) z publicznej, czyli nas wszystkich, kasy, cienko by przędli. Początkujący literaci żebrzą o recenzje i pieją z zachwytu, kiedy taki recenzent jak Pan Pollak ich zbluzga jak burą sukę. A tymczasem tacy ludzie charakteryzują się narcystyczną osobowością i silną skłonnością do zawiści. I jak taki recenzent, przekonany o swojej wielkości, zobaczy całkiem dobry utwór u młodego człowieka, rozpala się w nim nienawiść. Zrobi wszystko, aby zamienić życie początkującego pisarza w piekło. I niestety ma sporo do powiedzenia. Jednak władza takiego recenzenta kończy się, kiedy pojawia się niezależne wydawnictwo, gdzie jednym z podstawowych kryteriów są pieniądze (jak to jest na Zachodzie). Wtedy to wszelkie związki towarzyskie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Takim wydawnictwem jest właśnie „Psychoskok”. To jest naprawdę wydawnictwo niezależne, a nie jakieś tam wydumane zło, co psuje rynek wydawniczy. Jeśli coś psuje, to „rynek” Pana Pollaka. Bowiem tam władza Pana Pollaka nie sięga i stąd ta nienawiść do tego wydawnictwa i do osób, które tam publikują. Faktem jest, że pewne utwory tam publikowane są słabsze, ale jest tam też dużo ciekawych rzeczy, które nigdy by nie ukazały się w tzw. oficjalnym wydawnictwie. Fakt, że ktoś napisał w swoim życiu słabszy utwór nie oznacza z automatu, że jest „grafomanem”. Nawet najwybitniejsi pisarze mieli słabe utwory. To się zdarza każdemu, oprócz rzecz jasna Pana Pollaka, który jest doskonały pod każdym względem. Na tym to polega w skrócie słynne „grafomaństwo” Pana Pollaka. Dlatego początkującym twórcom radzę kolokwialnie rzecz ujmując olać takie toksyczne jednostki i szukać innych dróg na zaistnienie. Dobrym wyborem może okazać się właśnie Wydawnictwo „Psychoskok” lub próba wydania na własną rękę. Możliwości jest wiele, choć przyznać trzeba, że jest ciężko i trzeba się przygotować na serię porażek.

“Grafomani”, jak Pan ich nazywa, przynajmniej są ciekawi, pochodzą z różnych środowisk i mają różne punkty widzenia, a Pan po prostu jest już nudny z tą swoją obsesją. I niech się Pan nie boi, “grafomani” nie chcą Panu zabrać nagród ani zaszczytów, nie pretendują do roli “wielkiego literata”. Oni po prostu piszą i nikomu nie wadzą, korzystając z wolnego rynku i prawa popytu-podaży. Pieklenie się po internecie tego nie zmieni. Jeśli Pan sobie nie radzi w zawodzie, proszę go zmienić i nie zatruwać życia innym ludziom. Nie ma Pan nic lepszego do roboty? Proponuję zacząć od podstaw, czyli od wywalania obornika u rolnika, gdyż to naprawdę może być bardzo inspirujące doświadczenie dla takiego “wielkiego pisarza”. Może Pan nawet potem napisze bestseller. Któż to wie, niezbadane są wyroki boskie. Może Pan Pollak dostąpi łaski twórczej.

Jeżdżę trochę po świecie, jak Pan był łaskaw zauważyć, a więc spotykam się z ludźmi. Czasami opowiadają mi swoje historie, które na pewno są bardziej interesujące niż te “literackie wypociny” wyssane z palca, za które dostajecie nagrody od swoich znajomków. Kto to w ogóle czyta? Zakompleksione panny z kilkoma magistrami, przekonane o swojej wyjątkowości, nie mogące sobie znaleźć chłopa? Czy też inni pseudointelektualiści chcący się dowartościować przez pochłanianie tej Pana “literatury”? Któż to doznaje owej “ekstazy” przy czytaniu Pana tekstów? Niech Pan mnie oświeci z łaski swojej.

Oprócz tego, że rzekomo płacę za wydanie moich książek, Pan Pollak zarzuca mi też “wazeliniarstwo” w stosunku do mojego Wydawcy. Czyli jak rozumiem Pan Paweł na dzień dobry wali w pysk swego wydawcę i jeszcze pewnie mu z nogi poprawia plus oczywiście wiązka wyzwisk. Pan ma stosunek wrogi do swoich wydawców, nienawidzi ich i życzy im źle, bo przecież nie jest Pan “wazeliniarzem”. Czy mam rację? Drogi Panie, nie wie Pan nawet, o czym Pan pisze, a taki podobno Pan jest inteligentny. Otóż dla Pana wiadomości powiem, że w Wydawnictwie “Psychoskok” spotkałem się z uprzejmością i zrozumieniem, a także – uwaga! – profesionalizmem. I tu Pana zaskoczę jeszcze bardziej, bowiem mało brakowało, a nie wydałbym niczego w tym Wydawnictwie, gdyż warunki stawiane przez Wydawcę i moje nie były zbieżne, a wręcz się wykluczały. Na szczęście Wydawca ustąpił po negocjacjach i ustaliliśmy wspólny plan działania, który odpowiadał obu stronom. I tak się to zaczęło. Dodam jeszcze tylko, że zanim trafiłem do “Psychoskoku”, wydałem dwie książki z Wydawnictwem “Nowy Świat”, a więc już coś miałem swojego wydanego. Tylko nie jestem pewien, czy w ocenie Pana Pollaka to jest “graformańskie” wydawnictwo, czy “niegrafomańskie”.

Pan Prezes Wydawnictwa “Psychoskok” to przede wszystkich dobry biznesmen, który dba o swój interes. Prowadzenie z sukcesem firmy w polskiej rzeczywistości wymaga nie lada odwagi, talentu i sprytu. I jeśli on uznał, że dla dobra Wydawnictwa korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów, to widocznie miał rację. Ja mam do tego stosunek obojętny, opisałem jedynie swoje odczucia jak i pewnie inni autorzy, których teksty się ukazały. Nie jest Pan w stanie pojąć, że ktoś po prostu może być wdzięczny i szczęśliwy. Posądza Pan o “wazeliniarstwo”, a sam Pan jest w doskonałych kontaktach ze swoimi wydawcami, z którymi Pan zapewne wiedzie przyjacielskie rozmowy i spotyka się pewnie przy lampce wina. Przecież wszyscy się dobrze znacie, tworzycie zamknięty krąg, do którego nie wskoczy się ot tak z ulicy, choćby nie wiem jaki to byłby talent. Musi być zawsze namaszczenie. No ale ten beton już murszeje, mości “literacie”. Kapitalizm wymusza konkurencję nie tylko między firmami, ale też i między pisarzami. A Panu się pewnie korytko kurczy i nie ma znaczenia, że Pan tłumaczy Hjalmara Söderberga. A do wiadomości tej Pani, co o tym wspomniała dodam, że Roy C. Booth, dla którego miałem przyjemność tłumaczyć teksty, to znana osobistość w USA z ogromnym dorobkiem, którego utwory tłumaczone są na wiele języków. Dokonałem przekładu na język polski nie dla “Psychoskoku”, ale dla Pana Bootha i z jego polecenia.  I teraz będziemy siedzieć w piaskownicy i przekrzykiwać się, która zabawka jest lepsza. I jeszcze jedno, Szanowna Pani, jak Pani cytuje moje słowa, to niech się Pani zastanowi głębiej nad ich sensem, zanim Pani je zinterpretuje na swoją korzyść. Pisząc, że nie tylko Pan Pollak jest “wielkim tłumaczem i literatem”, miałem na myśli nie tyle siebie, co ogół ludzi, którzy tym się zajmują. Tysiące na świecie para się mniej lub bardziej literaturą, czy nawet jej tłumaczeniem na inne języki (w tym oczywiście ja, jak Pani to nie omieszkała mi wypomnieć), ale tylko Pan Paweł Pollak jest “wielki”. Bo tłumaczy Hjalmara Söderberga? Czy może jest to dobry Pani znajomy? Jak nie jest Pani dobrym znajomym, o czym mnie Pani łaskawie poinformowała, to dlatego,  że tłumaczy Hjalmara Söderberga. Na tym się jego wielkość opiera, jak gdyby nie było innych ludzi w Polsce znających doskonale język szwedzki.

Jeśli chodzi o mnie, to zareagowałem na wymienienie przez Pana mego nazwiska na Pańskim blogu i napisanie nieprawdy na mój temat. Niech Pan nie udaje idioty. Dodam też, że Pana teksty jak i pseudointelektualne komentarze utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację. Powoływanie się na moją frustrację świadczy o braku konkretnych argumentów w sprawie. Poza tym, różnica między kimś, co wygrał kiedyś konkurs literacki a kimś, co też wygrał jest taka, że ten pierwszy został z niczym, a ten drugi całkiem nieźle sobie radzi i z tego żyje. To zdanie-skrót myślowy okazało się jednak zbyt trudne, więc aby nie było niejasności tłumaczę obrazowo. Otóż wygrana w konkursie literackim rzeczywiście może nie znaczyć nic, tak jak to, że każdy z nas będąc dzieckiem kiedyś rysował/malował. Nie zostaliśmy plastykami, malarzami tudzież innymi artystami. Nie zostaliśmy pisarzami, a także policjantami czy strażakami. Wyrośliśmy, a nasze dziecięce marzenia zostały zamienione na świat realny, w którym nam przyszło żyć. Jednak są tacy pośród nas, którzy rzeczywiście spełnili swoje dziecięce marzenia, bowiem mamy pośród nas policjantów, strażaków, plastyków, czy pisarzy. Udaje się to tylko nielicznym. Poza tym jest wielka różnica między małą formą literacką przeznaczoną na konkurs literacki, a “pełnometrażową” powieścią. Są osoby, które ładnie piszą i wygrywają konkurs za konkursem, ale nie są w stanie urodzić powieści, gdyż to ich przerasta. Analogiczna sytuacja jest wśród deweloperów w IT, gdzie jest wielu o sporej wiedzy i talencie, ale w żaden sposób nie potrafią stworzyć aplikacji od początku do końca. Mają wiele zaczętych projektów i żaden nie jest skończony, dlatego ich powołaniem staje się robienie tutoriali, które są cenne miedzy innymi dla mnie, czyli osoby, która potrafi nie tylko zacząć, ale i skończyć każde dzieło, czy to aplikacja czy to powieść.

Wracając do meritum, to Pan obraża ludzi, których Pan nawet nie zna, nie ja. A wtóruje Panu towarzystwo wzajemnej adoracji. W przeciwieństwie do Pana odnoszę sukcesy i to nie tylko z Wydawnictwem “Psychoskok”. Bowiem zdaje się, że Pan się uczepił tego “Psychoskoku”, jak gdyby od tego zależało Pana życie i na tym Pan osadza swoje oskarżenia o “grafomaństwo”. Wydając po angielsku za granicą we współpracy z tamtejszym wydawcą zarabiam wystarczająco dobrze i bez Wydawnictwa “Psychoskok”, tak więc może Pan sobie odpuścić ataki na mnie. Bo wie Pan, Panie Pollak, książki to trzeba umieć pisać i trzeba je też umieć sprzedać. I to się liczy. A co Pan i Pana towarzystwo wzajemnej adoracji piszecie o mnie, to mam tam, gdzie słońce nie dochodzi. To ostatnie wyrażenie, które tak rozemocjonowało Pana Pollaka, może brzmi nieco prowokacyjnie. Nie wiem, co nasz “wielki literat” ma konkretnie na myśli, ale to nic innego jak miejsce zacienione w moim pokoju, jedyne, gdzie “słońce nie dochodzi” i bez przeszkód mogę korzystać ze swego laptopa.

Aha, dziękuję za wytłumaczenie mi jak działają firmy w dobie kapitalizmu, gdyż nie miałem o tym bladego pojęcia. Jestem Panu dozgonnie wdzięczny. To dzięki Panu stałem się współwłaścicielem firmy informatycznej.

A teraz coś w sprawie „grafomaństwa” moich dzieł w oczach Pana Pollaka. Mała dziewczynka mówi: „Jaś jest głupi!”. Podchodzi do niej nauczycielka i pyta: „Dlaczego uważasz, że Jaś jest głupi?”. A mała dziewczyna na to: „Bo jest głupi!”. A jak to się ma do mnie. Ano tak: Mały Pawełek mówi: „Tomuś jest grafomanem!”. A ktoś zapyta: „A dlaczego uważasz, że jest grafomanem?” Mały Pawełek na to: „Bo jest grafomanem!”. Chylę czoło przed Pana mądrością.

Jaka jest między nami różnica? Pan mnie bez przerwy atakuje, a ja Panu tłumaczę i objaśniam jak małemu dziecku, licząc że może Pan w końcu zrozumie. Nie pretenduję także do roli “wielkiego literata” i nie jestem też zawodowym tłumaczem. Literatura nie jest całym moim życiem, to raczej hobby, odskocznia od mojej inżynierskiej roboty. Jednak gdybym miał okazję zająć się tym na poważnie, to śmiem twierdzić, że nie byłbym gorszy od Pana. A dlaczego tak twierdzę? Wiem, ale nie powiem? Nie, nie powiem, nie zawiodę żeńskiej ciekawości. Otóż sprawa jest prosta: przetłumaczyłem tysiące stron dokumentacji technicznej, na której opierają się systemy na świecie i jak dotąd nic się nie zawaliło. Odpukać w niemalowane.

Na koniec życzę Panu wytrwałości w heroicznej walce z inwazją “grafomanów”. Mam nadzieję, że Pan ją przetrwa, bowiem czekam z niecierpliwością na następny Pana wpis.

Wyciąg z umowy podpisanej 7 sierpnia 2012 roku między właścicielem Wydawnictwa “Psychoskok” Panem Ryszardem Krupińskim a mną na wydanie mojej książki “Linusia, mój rajski ptak”:

§4

2. Autor i Wydawnictwo decydują się na wariant pełnego przez Wydawnictwo sfinansowania obróbki i składu książki oraz przygotowania jej do dystrybucji w postaci książki elektronicznej.

3. Całkowity koszt przygotowania książki do dystrybucji elektronicznej, w postaci ebook wynosi 500 zł brutto, przy czym Autor nie ponosi żadnych kosztów, jako że wybrany został wariant pełnego finansowania przez Wydawnictwo.

Mam nadzieję, że to wystarczy i nie muszę cytować dalej. Wszystkie umowy z Wydawnictwem “Psychoskok” zawierają ten tekst i jestem gotów pokazać umowy publicznie z pieczątkami i naszymi podpisami.

Szpiegowanie Windowsa 10 czy wolność Linuksa – wybór należy do ciebie

Na początek pytanie: Czy dalibyście klucz od swojego mieszkania lub samochodu nieznajomemu, nawet jeśli wydaje się godny zaufania? Głupie pytanie, nieprawdaż? Wiadomo, nawet z członkami rodziny trzeba uważać, a cóż dopiero z nieznanym sobie człowiekiem. Każdy z Was odpowie, że oczywiście NIE. Nie wyobrażam sobie, że może być inaczej. Nikt o zdrowych zmysłach chyba nie chce, aby ktoś nieznajomy pałętał się po jego chałupie czy używał jego bryki bez pytania o zgodę.

Dlaczego zatem wielu z nas godzi się z taką łatwością na to, co proponuje nam umowa licencyjna korporacji Microsoft? Zaznaczając “Zgadzam się” dajemy taki “klucz” osobom, których nie znamy. Oczywiście nie jest to klucz fizyczny do naszego mieszkania i samochodu, ale wirtualny do tego, co mamy na swoich komputerach. A dzisiaj życie w znacznym stopniu toczy się “w wirtualu”, a więc nie tylko w sejfie są cenne dla nas rzeczy. Często trzymamy na dyskach dane, które może nie są od razu tajne czy poufne, ale na pewno prywatne i nie życzylibyśmy sobie aby ktoś obcy miał do tego dostęp. Ja wiem, zaraz padną pytania o Facebook, Google czy telefon z Androidem. Zadadzą je ci, co nie pojmują istoty problemu lub windowsowe trolle, szukając na siłę kontrargumentów. A ja im odpowiem, że nie ważne, co robimy w internecie, co zamieszczamy i czym się dzielimy ze światem, gdyż to wyłącznie sprawa tych, co to robią. Generalnie będąc online trudno jest dzisiaj ukryć się przed wszędobylskim szpiegowaniem w internecie. I to jest fakt, z którym trudno dyskutować. Można to akceptować lub nie.

Jednak nie usprawiedliwia to działania Microsoftu, który bezczelnie rości sobie prawa nie tylko do kopii swego produktu (za którą zapłaciliśmy, kupując licencje Windows 7 i Windows 8/8.1), ale też do innego zainstalowanego na naszym komputerze softwaru, który jest nasz i tylko nasz. Podobno jesteśmy tylko użytkownikami systemu Windows, a nie właścicielami kopii i to niby daje monopoliście prawo do pełnej nad nim kontroli. Oczywiście każdy z nas akceptuje potulnie umowę (nawet jej nie czytając) bowiem jak najszybciej chce używać nowy system. I w sumie nikt tym się nie przejmował do czasu wydania Windows 10. Były jakieś tam niejasne mechanizmy szpiegowskie już chyba od Windows XP, ale wszyscy poprzestawali na fakcie, że “Microsoft szpieguje” i nikt z tym niczego nie robił. Te pojedyncze głosy cichły szybko w tłumie zafascynowanych ficzerami nowego systemu. Szpiegowskie instrumenty rozwijano w kolejnych wersjach zgodnie z zasadą “daj palec, to wezmą całą rękę”. Microsoft uznał, że mu wolno i idąc za ciosem stworzył malware o nazwie “Windows 10”, które tylko przypomina system operacyjny, aby tresowani od lat użytkownicy na to się nabrali. Miliony dolarów poszło na kampanie reklamowe, aby nawet niedowiarki zobaczyli, jaki ten nowy system operacyjny jest “cool”. I działalność ta przyniosła oczekiwane efekty.

Podejrzane plany Microsoftu (i innych korporacji) są dyskutowane w internecie i wydaje się, że wszystko już zostało powiedziane, a jednak wielu użytkowników zdaje się w to nie wierzyć. To brzmi tak niesamowicie, że aż niemożliwie. Zwykle mówią, a co mi tam, co u mnie można podejrzeć, co wykraść, nie przejmując się zupełnie tymi działaniami amerykańskiej korporacji, które należy nazwać bez ogródek kryminalnymi. Bo chyba wchodzenie komuś do komputera bez wiedzy właściciela i dokonywanie tam zmian nosi co najmniej znamiona czynu zabronionego. Co jakiś czas zamyka się hackerów (a może bardziej crackerów), którzy się tym parają i ich czyny są powszechnie potępiane. Tym większe jest oburzenie, że ich malware często udaje coś legalnego i nieszkodliwego. I tutaj mamy wielkie podobieństwo z działaniami Microsoftu. Nieświadomi użytkownicy instalują sobie pięknie opakowany malware, nie spodziewając się najgorszego. No bo przecież Windows 10 startuje poniżej pół minuty, ma nowoczesny interfejs graficzny (rzecz dyskusyjna) i te wszystkie kolorowe zabawki. Aż chce się go używać. To najnowszy system Windows, na którym gry pójdą jak burza. Ma wspaniały DirectX12, bez którego nie będę grał w najnowsze gry. Mało tego, jest w ogóle niezbędny do życia.

To tylko wabik działający na odmóżdżone społeczeństwo, otwarte na nowe szalone pomysły giganta z Redmond, bezkrytycznie przyjmujące wszystko, co kojarzy się ze znaną od lat marką. Prawdziwa rola malware Windows 10 jest inna, a więc zbieranie informacji o użytkownikach, totalna inwigilacja, gdzie zapisywane jest wszystko, co się da na nasz temat (hasła, głos, wideo, pliki itd.). Po co? Po co to komuś? Po cholerę te wszystkie dane od przeciętnego Wacka żyjącego spokojnie w jakimś zapyziałym prowincjonalnym miasteczku? Nie wiem, jasnowidzem nie jestem, ale można się domyślać, że skoro podjęto wysiłek w celu implementacji tych zaawansowanych mechanizmów szpiegowskich, musi być w tym jakiś cel. Korporacja nie wyrzuca pieniędzy w błoto zatrudniając rzesze zdolnych inżynierów, którzy nie zadowolą się polską płacą minimalną. Jak można przypuszczać, część na pewno trafi do agencji wywiadowczych dla analizy, a część do zaprzyjaźnionych z Microsoftem komercyjnych firm i korporacji. Oczywiście, chyba mogę założyć, że nie jesteśmy terrorystami i chyba nic nie planujemy wysadzać, więc traktowanie nas z automatu jako podejrzanych jest naruszeniem naszych podstawowych praw, o które tak niby zabiega Unia Europejska. A nawet jeśli nie zasłużyliśmy na zainteresowanie NSA i CIA, to nasze twarde dyski to kopalnie wiedzy o nas, naszych preferencjach i naszym życiu, a wobec tego nie można przejść tak obojętnie. Mieć możliwość, a nie skorzystać to przecież grzech. Miliony dolarów czekają, aby je wziąć. Zawsze znajdzie się jakiś smaczny kąsek na naszym dysku, a my użytkownicy nie jesteśmy nawet w stanie przewidzieć, co to może być i jak zostanie wykorzystane. Być może nawet przeciwko nam, nie możemy tego teraz wiedzieć.

Dlatego jako dla świadomego użytkownika nowych technologii takie “cukierki” od “wujka Billa” nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Nie trafiają do mnie nawet nawoływania internetowych trolli opłacanych przez Microsoft, zachwalających Windows 10. Może i działa znakomicie na niektórych komputerach (pomijając liczne żale na forach internetowych), może to rzeczywiście rewolucja w systemach operacyjnych, jednak nie kosztem użytkownika. Chcę pracować w środowisku, które w pełni kontroluję, gdzie ja decyduję, co udostępniam, a co pozostawiam jako prywatne do mojego i tylko mojego wglądu. Korporacjom nic do tego. Nie chcę, aby system operacyjny (lub inny “mądry” software) sam decydował o aktualizacjach (z wyłączeniem mojej ingerencji), o tym co mam zainstalowane, a co powinno być odinstalowane, co jest legalne, a co nie. To ja użytkownik o tym decyduję i ponoszę za to osobistą odpowiedzialność. Nikt nie będzie mi podsuwał natrętnych reklam w systemie (czego przedsmak mamy już w Skypie) i uruchamiał podejrzane procesy w tle bez mojej wiedzy i zgody. Nie zgadzam się też na system-usługę, gdyż to daje spore pole do nadużyć. Tolerowałem Microsoft i jego draństwa dosyć długo, ale teraz miarka się przebrała i nie będę instalował malware Windows 10. Mam Windows 7 i Windows 8.1, a więc oba systemy przeznaczone dla “darmowego” upgrade’a. Jednak moje komputery nie zobaczą następnych dobrodziejstw z Redmond.

Mam jeszcze starego laptopa marki Dell, na którym od kilku lat działa OpenSUSE 13.1 i to bez jakichkolwiek problemów, co chciałbym szczególnie podkreślić. Zainstalowałem go po końcu wsparcia dla Windows XP i prawie wszystko zadziałało “out of the box”. Jedynie karta Wi-Fi wymagała mojej ręcznej interwencji, ale to nie było nic wielkiego, nic od czego świat mógłby się zawalić. Wszystko działa do tej pory i działać będzie pewnie jeszcze długo. Do tego przystosowałem KDE, aby wyglądało jak Windows XP (żądanie mojego brata). Sam byłem zdumiony, że tak wszystko poszło gładko, gdyż pamiętałem Linuksy z graficznym interfejsem, który nie nadawał się do niczego. Następny laptop też będzie z OpenSUSE (Leap 42.1 albo z Tumbleweed). Będzie to mocny sprzęt (64-bitowy, przynajmniej 16 GB RAM i Intel Core i5) dla grafiki 3D, którą się obecnie zajmuję. Pokładam też wielką nadzieję w Vulkan API, który powinien sprawić, ze DirectX zostanie wreszcie zdetronizowany i gracze przestaną narzekać na brak porządnych gier na Linuksa.

Innymi słowy, dla mnie obecnie nie ma innej alternatywy – tylko Linux. Myślę, że dla wielu rozsądnych ludzi także, gdyż Mac w gruncie rzeczy to ta sama bajka co Windows. Ja rozumiem, że są użytkownicy, którzy po prostu nie mogą przejść na rozwiązania FLOSS. Jest wiele specjalistycznego softu, który raczej nie będzie działał na Linuksie lub będzie działał źle (z Wine). Jednak wszystkim krytykom Linuksa chciałbym przypomnieć, że nie jest to wina samego systemu, a firm tudzież korporacji, które nie chcą przenieść swoich programów na tę platformę. Uzasadnia się to zwykle małym udziałem Linuksa w rynku desktopów lub innymi dziwnymi argumentami. Rozumiem, że użytkownika to nic nie obchodzi. Użytkownik chce odpalić swój program w systemie operacyjnym i ma po prostu działać. Jednak jeśli chcecie kierować gdzieś o to pretensje, kierujcie je we właściwą stronę, aby je usłyszano.

Na szczęście coraz więcej jest softu na Linuksa, który nie zawsze jest gorszy od odpowiedników dostępnych tylko na Windowsa i ewentualnie na Maca. Ja jak i pewnie z 90% ludzi używających komputera w domu obyłoby się bez produktów działających tylko na Windowsie bez uszczerbku dla naszego wirtualnego życia. Czy każdy z nas potrzebuje Photoshopa czy innego “cuda” na komputerze, pomijając fakt, że większość tego da się odpalić na Linuksie, jak ktoś się uprze? Oczywiście, że nie. Gros użytkowników używa swego komputera do przeglądania internetu, słuchania muzyki, oglądania filmów, obróbki zdjęć, komunikacji i tworzenia dokumentów. Czy komukolwiek czegoś brakuje z tej listy pod Linuksem? Śmiem wątpić. Celowo pominąłem tu granie, bowiem sprawa jest tu bardziej skomplikowana.

Chcemy tego czy nie, gracze stanowią chyba największą część użytkowników desktopowych komputerów. Bez tego wielu nie może się obejść i system, który uniemożliwiałby granie, nie byłby dla nich systemem wartym uwagi. Doskonale to rozumiem (chociaż graczem nie jestem i nigdy nim nie byłem), że rozrywka na komputerze jest najistotniejszym elementem jego użytkowania, dlatego tak walczyłem i walczę o możliwość wygodnego użytkowania silników gier na Linuksie. Napisaliśmy skrypt dla uruchomienia Unity 3D pod Linuksem, który do tej pory jest użytkowany mimo wydania natywnej wersji dla Linuksa. To mnie jednak nieco martwi, bo to pokazuje, że natywna wersja nie jest jeszcze doskonała, ale może będzie. Unity Technologies ugięło się pod naszą presją i jest szansa, że z tego nie zrezygnują. Mnie jednak teraz bardziej interesuje UE4, gdyż obecnie pracuję nad dużą aplikacją 3D (nie grą!). Ciągle nie mamy tu wersji binarnej i launchera. Nie jest to chyba priorytet dla Epic Team, ale może to się zmieni w najbliższej przyszłości. Chciałbym mieć stabilne i wygodne narzędzie do programowania pod Linuksem. I jak zwykle nie zależy to od deweloperów Linuksa. Moje prośby zatem kieruję do Epic Team.

Prawda jest jednak taka, że jeśli nie będziemy używać Linuksa, nie zmusimy firm produkujących software do dobrego wsparcia tego systemu. Jeśli chcecie, aby oprogramowanie uruchamiane tylko w Windowsie pojawiło się natywnie na Linuksie, to nic prostszego jak tylko zacząć używać tego Linuksa, aby pokazać, że istniejemy i nie wymarliśmy, a wręcz przeciwnie – mimo licznych przeszkód rozwijamy się w piorunującym tempie. Samo narzekanie nie wystarczy. Piszę ten artykuł po polsku, bowiem wierzę w mądrość naszego społeczeństwa, które nie lubi zniewolenia i solidarnie zbojkotuje Windows 10. Nie liczę na polityków, bo na tych liczyć nigdy nie można, ale na zwykłych ludzi. Apeluję, abyście, jeśli możecie, nie używali tego malware. Dla waszego dobra, bo to naprawdę kawał szkodliwego softu, a ludzie stojący za nim mają złe intencje. I tu może nie tyle chodzi o teorie spiskowe, co o zwykły biznes. Oto użytkownik stał się dochodowym interesem, towarem samym w sobie.

Jeśli chcecie, zostawcie sobie Windows 7 lub/i Windows 8/8.1 do gier czy do innych celów (jak ja), a tak używajcie Linuksa jako swego głównego systemu operacyjnego. Generujcie ruch sieciowy z Linuksów, bo tylko tak was można jakoś policzyć. Wszystkim proponuję OpenSUSE, które jest niesamowitą dystrybucją, ale każdy rodzaj Linuksa może stać się waszą ulubioną dystrybucją. Linux dzisiaj to nie to przerażające “czarne okienko” do wpisywania zaklęć przez wtajemniczonych. To w pełni funkcjonalny nowoczesny system operacyjny, który możecie modyfikować i zmieniać do własnych potrzeb. Nikt was za to nie ukarze, nie naśle policji i prokuratury za złamanie warunków licencji. Każdy bit tego softu jest wasz. Większość złych rzeczy opowiadanych o Linuksie to mity lub fakty, które są już tylko tchnieniem przeszłości. Dzięki wielu ludziom na całym świecie, Linux ewoluuje jak szalony. Moim zdaniem, mimo pewnych perturbacji w dobrą stronę. Coś wam nie pasuje w Linuksie? Piszcie do deweloperów, naciskajcie na nich i zmuszajcie do jeszcze lepszej pracy. Coraz więcej z nich zaczyna rozumieć, że aby osiągnąć sukces na rynku desktopów, należy wyrwać się z zamkniętego kręgu geeków ku zwykłemu użytkownikowi. Najlepszą dla nich nagrodą (gdyż zwykle za swoją pracę zapłaty nie pobierają) będzie to, że ich rozwiązania będą używane. Program nie mający użytkowników jest martwy. Zainstalujcie już więc teraz Linuksa, najpierw może na Wirtualnej Maszynie, potem jako Live, aby sprawdzić jak zachowuje się na waszym hardware i że nie taki diabeł straszny jak go malują. Tutoriali w internecie pełno, a chcieć to móc. A potem to już mam nadzieję tylko przyjemność użytkowania i uczenia się czegoś nowego. To nie gryzie. Nie zrażajcie się jednym distro, wypróbujcie drugie, trzecie aż będziecie zadowoleni. W przeciwieństwie do tego, czym was karmi Microsoft, z Open Source macie wybór, nikt was do niczego nie zmusza, nikt niczego wam nie narzuca. To wy o wszystkim decydujecie, a nie korporacja, bowiem kopia systemu, którą macie zainstalowaną na komputerze jest wasza i tylko wasza, tak jak i wasze są dane na dysku.

Cała Polska używa Linuksa!

Paweł Pollak wielkim pisarzem jest i basta!

Od jakiegos czasu nie zajmuję się już pisarstwem, gdyż moja praca pochłania mój cały czas. Jednak mam cichą nadzieję na powrót do tej szlachetnej aczkolwiek niewdzięcznej roboty. Tylko problem jest, czy niejaki Paweł Pollak mi na to pozwoli, gdyż zostałem przezeń zaliczony do grona “grafomanów”, bowiem moje powieści wydano w Wydawnictwie “Psychoskok”.

Można się spierać o to, jaką politykę prowadzi “Psychoskok”, jednak prawdą jest, że nikt nikogo do niczego nie zmusza. Jeśli jest co wydać i kto wydać, nie widzę problemu. Może to być coś naprawdę grafomańskiego i trudnego do przełknięcia dla “prawdziwego pisarza”. Jednak nie mnie to oceniać. Oceny dokonają czytelnicy.

Jednak Paweł Pollak mieni się sędzią jedynym i nieomylmnym w kwestii literatury i pewną twórczość nazywa “grafomańską”. Pojawiają się też inne epitety mniej godne człowieka mieniącego się polskim intelektualistą. W tej “recenzji” wspiera go grupa klakierów przyklaskujących mu przy każdym wpisie na jego mizernym blogu. No cóż, pisarz to z natury próżna istota i jak nie ma szerokiej rzeszy czytelników, wianuszek przyjaciół zawsze może podbudować nadszarpnięte pisarskie ego.

Panie Pawle, przywołał Pan między innymi moje nazwisko na swoim blogu w niezbyt korzystym świetle, ale ja nie bedę Pana straszył sądami, bo podstaw ku temu nie ma. Dla mnie to, co Pan wypisuje na pańskim blogu, jest śmieszne, a nawet żałosne. Generalnie rzecz ujmując nie żywię do Pana żadnych negatywnych uczuć, bowiem Pana zdanie na temat moich książek obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Martwię się zwyczajnie o Pana, bowiem z Pana jest “rasowy pisarz” i kiedy brak czytelników, grozi Panu pisarska śmierć, czego Panu oczywiście nie życzę. Nie znam Pana książek, więc nie będę się wypowiadał na temat Pana grafomaństwa. W zamian, jeśli Pan nie przeczytał nic mojego, proszę także nie krytykować mojej prozy. A tak poza tym, wolny rynek, Panie Pawle, czasy “komuny” oraz wszędobylskich i wszechwładnych cenzorów już się chyba dawno skończyły. Musi Pan to w końcu zaakceptować i stawanie przysłowiowym okoniem nic nie da.

Panie Pawle, głowa do góry! Będzie dobrze!

Unity3D Web Player and Other Windows Plugins under Linux Browsers – Pipelight Project

Unity3D Web Player and Other Windows Plugins under Linux Browsers – Pipelight Project

Warning: When you see an option with –, please remember that it’s two hyphens (- and -), but WordPress makes them to be one dash! For example, –update.

Remember: When you are installing Pipelight, your browser should be closed. If not, you will have serious troubles with running the plugins. If you have still errors, just close your browser and install Pipelight again.

I could run Unity3D on Linux, but there’s a problem with Unity3D Web Player. Pipelight Project seems the best idea as to porting Windows Plugins to Linux browsers. It was started by FDS-Team from Germany.

http://fds-team.de/cms/index.html

Pipeline Project:

http://fds-team.de/cms/pipelight-installation.html

I tried with Unity3D Web Player in the past, but achieved nothing; however, there are people who were able to run it on Linux with use of Pipelight Project. FDS Team helped me, and Unity3D Web Player is running on my browser. You will be successful, too. Just follow the instructions:

Unity3D Web player on Linux

zypper ar –refresh http://download.opensuse.org/repositories/home:/rbos:/pipelight/<openSUSE version>/home:rbos:pipelight.repo

zypper ref

zypper install pipelight

<openSUSE version> – your openSUSE version. Packages are currently available for openSUSE_12.2, openSUSE_12.3 and openSUSE_Tumbleweed. Unfortunately, I use openSuse 13.1. So if you have the same problem, go to the website:

https://build.opensuse.org/package/show/home:rbos:pipelight/pipelight

But before you install the pieplight package, you should have some dependencies installed on your system:

wine-pipelight.ymp

mingw32-libgcc.ymp

You can download them from

http://software.opensuse.org/131/

Just write the package names you search.

Then, install the pipelight package:

pipelight-0.2.4.2-10.1.i586.rpm

from the repo:

https://build.opensuse.org/package/binaries/home:rbos:pipelight/pipelight?repository=openSUSE_13.1

The installation of the Windows plugins takes place when you start your browser the next time. However, you probably will need to install a User Agent Switcher (or User Agent Overrider) for some of the plugins so that they can work at all. In other words, sometimes, you should cheat websites that don’t support browsers installed on Linux. User Agent Switcher and User Agent Overrider can help you to do that. Sometimes, it’s troublesome, so seek information in the Internet.

I use User Agent Switcher for using Unity3D Web Player. User Agent Overrider doesn’t work for me. After having installed this extension in your browser, for Firefox, go to:

Tools -> Default User Agent -> Edit User Agent -> New

Description: Safari 534.55.3 (OS X 10_7_3 Intel)

User Agent: Mozilla/5.0 (Macintosh; Intel Mac OS X 10_7_3) AppleWebKit/534.55.3 (KHTML, like Gecko) Version/5.1.3 Safari/534.53.10

All next lines empty

OK

Refresh the WWW page to use the new user agent and the plugin or just restart the browser. Remember, this user agent work well for Unity3D Web Player; for other Windows plugins, you probably have to change to other. To get more details, go to:

https://answers.launchpad.net/pipelight/+faq/2351

A full user agents list:

http://www.useragentstring.com/pages/useragentstring.php

Ok, so your pipeline is installed and works. You changed user agent to one that is welcome. All should work. Some of the Windows plugins will be installed automatically in your browser. But you have a control over them.

I need to test Unity3D Web Player. But there is a problem – the checksum of Unity3D has recently changed, and you have to update the checksums first:

poganin@linux-7tpy:~> sudo pipelight-plugin –update

Now, clear the plugin cache of your browser to be sure you will have no previous errors:

poganin@linux-7tpy:~> sudo pipelight-plugin –create-mozilla-plugins

Now, you are ready to install Unity3D Web Player plugin. Remember, you have to restart the browser to make the plugin work after enabling and to make the plugin clear out  after disabling.

To enable one of the plugins, run:

pipelight-plugin –enable the_plugin_name

for example:

poganin@linux-7tpy:~> sudo pipelight-plugin –enable unity3d

root’s password:

The following modules require a license confirmation before they can be enabled:

[*] Unity Web Player

By continuing the installation you agree that you’ve read and accepted the Web Player License Agreement:

http://unity3d.com/company/legal/webplayer-eula

To find out more click here:

http://unity3d.com/unity

Do you accept the 1 license(s) above? [Y/N] y

Plugin unity3d is now enabled

poganin@linux-7tpy:~>

To disable one of the plugins, run:

pipelight-plugin –disable the_plugin_name

for example:

poganin@linux-7tpy:~> sudo pipelight-plugin –disable unity3d

root’s password:

Plugin unity3d is now disabled

poganin@linux-7tpy:~>

More info at:

http://fds-team.de/cms/pipelight-installation.html#section_2

I hope you will be successful. Just try it out.

For people who use Pipelight (unity3D plugin) – Unity3D Web Player is often updated, and its checksum is changed. That’s why, you need to run a few commands every time. It’s really irritating. So I wrote the script. Copy it and paste to a new text file. Call it Pieplight. This file should be placed in your bin directory so that it can be on PATH. After Unity3D having updated, just run Pipelight in your console. All these commands will run, and Unity3D Web Player will be updated and running.

    #!/bin/bash

    #FDS-Team: Pipelight Project
    #Tomasz Zackiewicz, Pipelight.sh

    #update the checksum of Unity3D Web Player
    sudo pipelight-plugin --update
    #clear the plugin cache for Firefox
    sudo pipelight-plugin --create-mozilla-plugins
    #enabling Unity3D Web Player
    sudo pipelight-plugin --enable unity3d

It’s for Firefox; for other browsers, you probably shouldn’t use this command:

sudo pipelight-plugin –create-mozilla-plugins

Enjoy Unity3D games!