Category Archives: Books

Paweł Pollak pogromcą grafomanów

Doskonale, że Pan, Panie Pawle, dostarcza mi rozrywki tymi wpisami. Jednak nie będę tworzył więcej postów na temat Pana i Pana twórczości, bowiem to nie jest blog o Pawle Pollaku. Będę rozwijał ten post wedle potrzeb. A czytelnicy będą mieli wszystko w jednym miejscu.

Widzę, że polemika nabiera tempa. I bardzo dobrze – niektórzy może się rozwiną intelektualnie. Szansa zawsze jest, nawet na stare lata. Ach, taki wielki umysł, a pojąć prostych prawd nie może. No cóż, kilka rzeczy trzeba sprostować i na pewne pytania odpowiedzieć. Zatem do dzieła!

Po pierwsze proszę się uspokoić, bo zbyt wiele emocji niczemu nie służy, a na pewno merytorycznej dyskusji. Emocje górują nad zdrowym rozsądkiem, Panie Pawle, co widać w Pana najnowszym wpisie. Niektóre Pana wypowiedzi wydają się być na poziomie przedszkola, nie obrażając przedszkolaków. Panie Pollak, bądźmy poważni. Ja wiem, że poczuł się Pan dotknięty przez mój tekst (chociaż to nie był mój cel), bo do tej pory to Pan atakował innych ludzi. Jak to się mówi, nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka. No cóż, tak wyszło, trzeba ponosić konsekwencje bezmyślnego ujadania w internecie.

Pierwszy Pana wpis jeszcze był pozbawiony zbędnych emocji, ale z tym drugim to chyba Pan przesadził. Puszczają Panu nerwy, Panie “łowco grafomanów”, a to niezbyt dobrze Panu wróży na przyszłość. Poświeciłem swój cenny czas i chciałem Panu wytłumaczyć pewne rzeczy w tym drugim wpisie na moim blogu, aby Pan wreszcie zrozumiał fakt, że nic nigdy nie płaciłem żadnemu wydawnictwu zarówno w Polsce jak i za granicą, ale ciągle to do Pana jak widać nie dociera. Ile razy mam to powtarzać? Po szwedzku mam to napisać czy jak? Gdyby umowa z wydawcą zawierała jakiekolwiek płatności z mojej strony, nie zostałaby przez mnie podpisana. Tyle w temacie. Stworzył Pan hipotezę, którą Pan stara się wszelkimi sposobami udowodnić, wrzucając wszystkich do jednego worka. Zagubił się Pan w tym wszystkim, tracąc kontakt z rzeczywistością. Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła za pieniądze. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje. No chyba, że Pan nie ma o czym pisać.

Tak zajadle Pan atakuje tych “grafomanów”, że stało się to już Pana obsesją. Niektórzy widzą białe myszki tudzież szczury (rażone prądem, ale nie koniecznie tylko te), inni zaś… “grafomanów”. Gdzie Pan nie spojrzy, “grafoman” siedzi. W szafie schował się jeden a w lodówce drugi. A kysz! Śnią się Panu po nocach? Prześladują Pana? Już jest tak źle? Wyjdą w nocy spod łóżka i Pana zjedzą. Jeszcze trochę i sam Pan zostanie “grafomanem”, gdyż chyba za bardzo się Pan w to angażuje. Zakazi się Pan tym “grafomaństwem”, co byłoby wielką szkodą dla polskiej literatury. Taki talent uległby unicestwieniu.

No dobra, będę już poważny. Na początek proste chyba pytanie: gdzie jest ta granica grafomaństwa? I kto ją ma wyznaczać? Pan? Według Pana Pan i tzw. “wielcy literaci” wydawani przez “wielkie wydawnictwa” w Polsce to nie “grafomani”, to “kwintesencja polskiej literatury”. Bo umieją lepiej składać literki jak sądzę. Oczywiście, że tak, bowiem wielka literatura powstaje z pijackich fantazji i wychodzi spod delirycznej ręki, tworzona często przez wykolejonych samotników nie potrafiących nawet zawiązać rodziny, a najlepiej jak się jest “tęczowym” i nosi czapkę stylizowaną na wojskową z symbolem SS. Ale “wielkiemu literatowi” wolno więcej. To nic, “wielki talent” zawsze znajdzie ujście i zostanie doceniony przez “wielkie wydawnictwo”, prowadzone przez kolegę lub koleżankę “wielkiego literata”. A narody padać będą na kolana i sławić będą imię “wielkiego literata”, bo toż to “wielki literat”. I takiż to wielki literat brzydzi się “grafomaństwem” a zwłaszcza Wydawnictwem “Psychoskok”, złem wcielonym wykorzystującym naiwnych i niewinnych autorów. Dlatego “wielki literat” zwalcza “grafomaństwo” całą swoją mocą, aby uchronić nieświadomych czytelników przed tą straszną zarazą.

Czytałem sporo tej tzw. literatury z górnej półki, między innymi tych autorów z wydawnictw, które zostały przez Pana wymienione w tekście. Zapewniam, że do ich grona nie pretenduję, gdyż jest nam razem chyba nie po drodze. Ja Panu powiem tak, ta Pańska wielka współczesna polska literatura to rynsztok i żul spod budki ma więcej do powiedzenia niż “literat” taki jak Pan. Nie od dziś wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Problem jest jednak taki, że owy żul nie należy do towarzystwa wzajemnej adoracji i raczej jego historia nie ujrzy światła dziennego. A szkoda. I tu ma Pan odpowiedź, kto Panu “pozwolił” być literatem. Tajemnica została rozwiązana. Nie kosmici, tylko znajomości jak wszędzie w Polsce. Dawno temu w jakimś telewizyjnym programie Jerzy Pilch powiedział, że żeby nie znajomi z wydawnictwa (mam nadzieję, że nie “Psychoskok”, ale pewności nigdy nie ma), prawdopodobnie nigdy by nie został pisarzem. Powiedział też – uwaga Panie Nieomylny – aby najpierw próbować self-publishingu w przypadku odmowy wydania przez tradycyjne wydawnictwa i jeśli książka jest coś warta, to znajdzie nabywców. To nie są dokładne słowa, jakie wypowiedział, ale sens ten sam. Czyli Jerzy Pilch popiera “grafomaństwo”, a może sam też jest “grafomanem”. No i się tu Pan “zaorał”, Panie Pollak. R.I.P. Tak jeszcze dodam dla Pań wątpiących, że kiedyś w USA przeprowadzano eksperyment, gdzie poproszono znanego amerykańskiego pisarza o napisanie utworu pod innym nazwiskiem i wysłanie tego do wielu wydawnictw. Chciano wiedzieć, ile wydawnictw odpowie pozytywnie. Ku zaskoczeniu ekipy przeprowadzającej eksperyment, żadne wydawnictwo nie chciało wydać tekstu podpisanego przez nieznane im nazwisko. Po jakim czasie ten sam tekst został wysłany ponownie, tym razem pod prawdziwym nazwiskiem. Od razu pojawiły się konkretne propozycje wydania książki. Podobny eksperyment przeprowadziła ostatnio J.K Rowling z takim samym skutkiem. To dowodzi jak idiotyczny jest przemysł wydawniczy.

Większość początkujących pisarzy popełnia ogromny błąd licząc, że takie osoby jak Pan Pollak dadzą in namaszczenie dla zaistnienia w oficjalnym świecie literackim. To zamknięte grono z gęstym sitem, gdzie talent to stanowczo za mało. Gdyby nie sypanie im nagród (za co?) z publicznej, czyli nas wszystkich, kasy, cienko by przędli. Początkujący literaci żebrzą o recenzje i pieją z zachwytu, kiedy taki recenzent jak Pan Pollak ich zbluzga jak burą sukę. A tymczasem tacy ludzie charakteryzują się narcystyczną osobowością i silną skłonnością do zawiści. I jak taki recenzent, przekonany o swojej wielkości, zobaczy całkiem dobry utwór u młodego człowieka, rozpala się w nim nienawiść. Zrobi wszystko, aby zamienić życie początkującego pisarza w piekło. I niestety ma sporo do powiedzenia. Jednak władza takiego recenzenta kończy się, kiedy pojawia się niezależne wydawnictwo, gdzie jednym z podstawowych kryteriów są pieniądze (jak to jest na Zachodzie). Wtedy to wszelkie związki towarzyskie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Takim wydawnictwem jest właśnie „Psychoskok”. To jest naprawdę wydawnictwo niezależne, a nie jakieś tam wydumane zło, co psuje rynek wydawniczy. Jeśli coś psuje, to „rynek” Pana Pollaka. Bowiem tam władza Pana Pollaka nie sięga i stąd ta nienawiść do tego wydawnictwa i do osób, które tam publikują. Faktem jest, że pewne utwory tam publikowane są słabsze, ale jest tam też dużo ciekawych rzeczy, które nigdy by nie ukazały się w tzw. oficjalnym wydawnictwie. Fakt, że ktoś napisał w swoim życiu słabszy utwór nie oznacza z automatu, że jest „grafomanem”. Nawet najwybitniejsi pisarze mieli słabe utwory. To się zdarza każdemu, oprócz rzecz jasna Pana Pollaka, który jest doskonały pod każdym względem. Na tym to polega w skrócie słynne „grafomaństwo” Pana Pollaka. Dlatego początkującym twórcom radzę kolokwialnie rzecz ujmując olać takie toksyczne jednostki i szukać innych dróg na zaistnienie. Dobrym wyborem może okazać się właśnie Wydawnictwo „Psychoskok” lub próba wydania na własną rękę. Możliwości jest wiele, choć przyznać trzeba, że jest ciężko i trzeba się przygotować na serię porażek.

“Grafomani”, jak Pan ich nazywa, przynajmniej są ciekawi, pochodzą z różnych środowisk i mają różne punkty widzenia, a Pan po prostu jest już nudny z tą swoją obsesją. I niech się Pan nie boi, “grafomani” nie chcą Panu zabrać nagród ani zaszczytów, nie pretendują do roli “wielkiego literata”. Oni po prostu piszą i nikomu nie wadzą, korzystając z wolnego rynku i prawa popytu-podaży. Pieklenie się po internecie tego nie zmieni. Jeśli Pan sobie nie radzi w zawodzie, proszę go zmienić i nie zatruwać życia innym ludziom. Nie ma Pan nic lepszego do roboty? Proponuję zacząć od podstaw, czyli od wywalania obornika u rolnika, gdyż to naprawdę może być bardzo inspirujące doświadczenie dla takiego “wielkiego pisarza”. Może Pan nawet potem napisze bestseller. Któż to wie, niezbadane są wyroki boskie. Może Pan Pollak dostąpi łaski twórczej.

Jeżdżę trochę po świecie, jak Pan był łaskaw zauważyć, a więc spotykam się z ludźmi. Czasami opowiadają mi swoje historie, które na pewno są bardziej interesujące niż te “literackie wypociny” wyssane z palca, za które dostajecie nagrody od swoich znajomków. Kto to w ogóle czyta? Zakompleksione panny z kilkoma magistrami, przekonane o swojej wyjątkowości, nie mogące sobie znaleźć chłopa? Czy też inni pseudointelektualiści chcący się dowartościować przez pochłanianie tej Pana “literatury”? Któż to doznaje owej “ekstazy” przy czytaniu Pana tekstów? Niech Pan mnie oświeci z łaski swojej.

Oprócz tego, że rzekomo płacę za wydanie moich książek, Pan Pollak zarzuca mi też “wazeliniarstwo” w stosunku do mojego Wydawcy. Czyli jak rozumiem Pan Paweł na dzień dobry wali w pysk swego wydawcę i jeszcze pewnie mu z nogi poprawia plus oczywiście wiązka wyzwisk. Pan ma stosunek wrogi do swoich wydawców, nienawidzi ich i życzy im źle, bo przecież nie jest Pan “wazeliniarzem”. Czy mam rację? Drogi Panie, nie wie Pan nawet, o czym Pan pisze, a taki podobno Pan jest inteligentny. Otóż dla Pana wiadomości powiem, że w Wydawnictwie “Psychoskok” spotkałem się z uprzejmością i zrozumieniem, a także – uwaga! – profesionalizmem. I tu Pana zaskoczę jeszcze bardziej, bowiem mało brakowało, a nie wydałbym niczego w tym Wydawnictwie, gdyż warunki stawiane przez Wydawcę i moje nie były zbieżne, a wręcz się wykluczały. Na szczęście Wydawca ustąpił po negocjacjach i ustaliliśmy wspólny plan działania, który odpowiadał obu stronom. I tak się to zaczęło. Dodam jeszcze tylko, że zanim trafiłem do “Psychoskoku”, wydałem dwie książki z Wydawnictwem “Nowy Świat”, a więc już coś miałem swojego wydanego. Tylko nie jestem pewien, czy w ocenie Pana Pollaka to jest “graformańskie” wydawnictwo, czy “niegrafomańskie”.

Pan Prezes Wydawnictwa “Psychoskok” to przede wszystkich dobry biznesmen, który dba o swój interes. Prowadzenie z sukcesem firmy w polskiej rzeczywistości wymaga nie lada odwagi, talentu i sprytu. I jeśli on uznał, że dla dobra Wydawnictwa korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów, to widocznie miał rację. Ja mam do tego stosunek obojętny, opisałem jedynie swoje odczucia jak i pewnie inni autorzy, których teksty się ukazały. Nie jest Pan w stanie pojąć, że ktoś po prostu może być wdzięczny i szczęśliwy. Posądza Pan o “wazeliniarstwo”, a sam Pan jest w doskonałych kontaktach ze swoimi wydawcami, z którymi Pan zapewne wiedzie przyjacielskie rozmowy i spotyka się pewnie przy lampce wina. Przecież wszyscy się dobrze znacie, tworzycie zamknięty krąg, do którego nie wskoczy się ot tak z ulicy, choćby nie wiem jaki to byłby talent. Musi być zawsze namaszczenie. No ale ten beton już murszeje, mości “literacie”. Kapitalizm wymusza konkurencję nie tylko między firmami, ale też i między pisarzami. A Panu się pewnie korytko kurczy i nie ma znaczenia, że Pan tłumaczy Hjalmara Söderberga. A do wiadomości tej Pani, co o tym wspomniała dodam, że Roy C. Booth, dla którego miałem przyjemność tłumaczyć teksty, to znana osobistość w USA z ogromnym dorobkiem, którego utwory tłumaczone są na wiele języków. Dokonałem przekładu na język polski nie dla “Psychoskoku”, ale dla Pana Bootha i z jego polecenia.  I teraz będziemy siedzieć w piaskownicy i przekrzykiwać się, która zabawka jest lepsza. I jeszcze jedno, Szanowna Pani, jak Pani cytuje moje słowa, to niech się Pani zastanowi głębiej nad ich sensem, zanim Pani je zinterpretuje na swoją korzyść. Pisząc, że nie tylko Pan Pollak jest “wielkim tłumaczem i literatem”, miałem na myśli nie tyle siebie, co ogół ludzi, którzy tym się zajmują. Tysiące na świecie para się mniej lub bardziej literaturą, czy nawet jej tłumaczeniem na inne języki (w tym oczywiście ja, jak Pani to nie omieszkała mi wypomnieć), ale tylko Pan Paweł Pollak jest “wielki”. Bo tłumaczy Hjalmara Söderberga? Czy może jest to dobry Pani znajomy? Jak nie jest Pani dobrym znajomym, o czym mnie Pani łaskawie poinformowała, to dlatego,  że tłumaczy Hjalmara Söderberga. Na tym się jego wielkość opiera, jak gdyby nie było innych ludzi w Polsce znających doskonale język szwedzki.

Jeśli chodzi o mnie, to zareagowałem na wymienienie przez Pana mego nazwiska na Pańskim blogu i napisanie nieprawdy na mój temat. Niech Pan nie udaje idioty. Dodam też, że Pana teksty jak i pseudointelektualne komentarze utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację. Powoływanie się na moją frustrację świadczy o braku konkretnych argumentów w sprawie. Poza tym, różnica między kimś, co wygrał kiedyś konkurs literacki a kimś, co też wygrał jest taka, że ten pierwszy został z niczym, a ten drugi całkiem nieźle sobie radzi i z tego żyje. To zdanie-skrót myślowy okazało się jednak zbyt trudne, więc aby nie było niejasności tłumaczę obrazowo. Otóż wygrana w konkursie literackim rzeczywiście może nie znaczyć nic, tak jak to, że każdy z nas będąc dzieckiem kiedyś rysował/malował. Nie zostaliśmy plastykami, malarzami tudzież innymi artystami. Nie zostaliśmy pisarzami, a także policjantami czy strażakami. Wyrośliśmy, a nasze dziecięce marzenia zostały zamienione na świat realny, w którym nam przyszło żyć. Jednak są tacy pośród nas, którzy rzeczywiście spełnili swoje dziecięce marzenia, bowiem mamy pośród nas policjantów, strażaków, plastyków, czy pisarzy. Udaje się to tylko nielicznym. Poza tym jest wielka różnica między małą formą literacką przeznaczoną na konkurs literacki, a “pełnometrażową” powieścią. Są osoby, które ładnie piszą i wygrywają konkurs za konkursem, ale nie są w stanie urodzić powieści, gdyż to ich przerasta. Analogiczna sytuacja jest wśród deweloperów w IT, gdzie jest wielu o sporej wiedzy i talencie, ale w żaden sposób nie potrafią stworzyć aplikacji od początku do końca. Mają wiele zaczętych projektów i żaden nie jest skończony, dlatego ich powołaniem staje się robienie tutoriali, które są cenne miedzy innymi dla mnie, czyli osoby, która potrafi nie tylko zacząć, ale i skończyć każde dzieło, czy to aplikacja czy to powieść.

Wracając do meritum, to Pan obraża ludzi, których Pan nawet nie zna, nie ja. A wtóruje Panu towarzystwo wzajemnej adoracji. W przeciwieństwie do Pana odnoszę sukcesy i to nie tylko z Wydawnictwem “Psychoskok”. Bowiem zdaje się, że Pan się uczepił tego “Psychoskoku”, jak gdyby od tego zależało Pana życie i na tym Pan osadza swoje oskarżenia o “grafomaństwo”. Wydając po angielsku za granicą we współpracy z tamtejszym wydawcą zarabiam wystarczająco dobrze i bez Wydawnictwa “Psychoskok”, tak więc może Pan sobie odpuścić ataki na mnie. Bo wie Pan, Panie Pollak, książki to trzeba umieć pisać i trzeba je też umieć sprzedać. I to się liczy. A co Pan i Pana towarzystwo wzajemnej adoracji piszecie o mnie, to mam tam, gdzie słońce nie dochodzi. To ostatnie wyrażenie, które tak rozemocjonowało Pana Pollaka, może brzmi nieco prowokacyjnie. Nie wiem, co nasz “wielki literat” ma konkretnie na myśli, ale to nic innego jak miejsce zacienione w moim pokoju, jedyne, gdzie “słońce nie dochodzi” i bez przeszkód mogę korzystać ze swego laptopa.

Aha, dziękuję za wytłumaczenie mi jak działają firmy w dobie kapitalizmu, gdyż nie miałem o tym bladego pojęcia. Jestem Panu dozgonnie wdzięczny. To dzięki Panu stałem się współwłaścicielem firmy informatycznej.

A teraz coś w sprawie „grafomaństwa” moich dzieł w oczach Pana Pollaka. Mała dziewczynka mówi: „Jaś jest głupi!”. Podchodzi do niej nauczycielka i pyta: „Dlaczego uważasz, że Jaś jest głupi?”. A mała dziewczyna na to: „Bo jest głupi!”. A jak to się ma do mnie. Ano tak: Mały Pawełek mówi: „Tomuś jest grafomanem!”. A ktoś zapyta: „A dlaczego uważasz, że jest grafomanem?” Mały Pawełek na to: „Bo jest grafomanem!”. Chylę czoło przed Pana mądrością.

Jaka jest między nami różnica? Pan mnie bez przerwy atakuje, a ja Panu tłumaczę i objaśniam jak małemu dziecku, licząc że może Pan w końcu zrozumie. Nie pretenduję także do roli “wielkiego literata” i nie jestem też zawodowym tłumaczem. Literatura nie jest całym moim życiem, to raczej hobby, odskocznia od mojej inżynierskiej roboty. Jednak gdybym miał okazję zająć się tym na poważnie, to śmiem twierdzić, że nie byłbym gorszy od Pana. A dlaczego tak twierdzę? Wiem, ale nie powiem? Nie, nie powiem, nie zawiodę żeńskiej ciekawości. Otóż sprawa jest prosta: przetłumaczyłem tysiące stron dokumentacji technicznej, na której opierają się systemy na świecie i jak dotąd nic się nie zawaliło. Odpukać w niemalowane.

Na koniec życzę Panu wytrwałości w heroicznej walce z inwazją “grafomanów”. Mam nadzieję, że Pan ją przetrwa, bowiem czekam z niecierpliwością na następny Pana wpis.

Wyciąg z umowy podpisanej 7 sierpnia 2012 roku między właścicielem Wydawnictwa “Psychoskok” Panem Ryszardem Krupińskim a mną na wydanie mojej książki “Linusia, mój rajski ptak”:

§4

2. Autor i Wydawnictwo decydują się na wariant pełnego przez Wydawnictwo sfinansowania obróbki i składu książki oraz przygotowania jej do dystrybucji w postaci książki elektronicznej.

3. Całkowity koszt przygotowania książki do dystrybucji elektronicznej, w postaci ebook wynosi 500 zł brutto, przy czym Autor nie ponosi żadnych kosztów, jako że wybrany został wariant pełnego finansowania przez Wydawnictwo.

Mam nadzieję, że to wystarczy i nie muszę cytować dalej. Wszystkie umowy z Wydawnictwem “Psychoskok” zawierają ten tekst i jestem gotów pokazać umowy publicznie z pieczątkami i naszymi podpisami.

Paweł Pollak wielkim pisarzem jest i basta! – cdn.

Muszę się odnieść do tego, co o mnie napisał Pan Paweł Pollak na swoim blogu, gdyż jego rozumowanie mija się z prawdą i trzeba parę spraw sprostować.

Otóż wyżej wymieniony Pan prowadzi nudnego bloga przeważnie na tematy literackie, ale też czasem dotyka innych spraw jak na przykład polityka. Do tego ma grupkę swoich fanów, którzy to osiągają niemal ekstazę przy każdym pojawiającym się wpisie. Nazwałem ich klakierami, bowiem lepszego terminu nie znalazłem. To jak towarzystwo wzajemnej adoracji. I kij mu w oko, to jego blog I jego sprawa. Jednak Pan ten (i jego zwolennicy) prowadzi dziwną krucjatę przeciw ludziom wydającym swoje dzieła, a zwłaszcza upodobał sobie tych, co korzystali z usług Wydawnictwa „Psychoskok”. Wymienił też moje nazwisko, dlatego poczułem się w obowiązku wyprowadzić Pana Pollaka z błędu, w którym tkwi już od dłuższego czasu. A że błądzić jest rzeczą ludzką, potraktowałem z początku pisaninę Pana Pollaka jako żart, ot taki tekścik sfrustrowanego pisarza, któremu zwyczajnie nie idzie w swoim rzemiośle. Ale Pan Pollak ma naprawdę jakąś manię, która mu każe atakować nie tyle moją osobę czy innych autorów, którzy tam ośmielili się wydać swoje książki, ale właśnie „Psychoskok”.

Oczywiście, że chciałbym, aby moimi tekstami Wydawnictwo zajęło się jak najlepiej, ale muszę brać pod uwagę fakt, że Wydawnictwo to firma, a firma powinna przynosić zyski w czasach kapitalizmu. Nie ma zysków, nie ma firmy. Mało tego, Wydawnictwa przynoszą straty i wiele z nich po prostu upada. Utrzymanie więc się na rynku jest nie lada wyzwaniem. Dlatego rozumiem postępowanie Wydawnictwa „Psychoskok” czy też innych tego typu oficyn. Czasy państwowego garnuszka dawno się skończyły i trzeba wyżyć w niekorzystnych warunkach. Dlatego zrozumiałym dla mnie jest fakt, iż „Psychoskok” proponuje niektórym autorom finansowanie czy współfinansowanie swoich książek. To jest w końcu ryzyko, zwłaszcza gdy sobie uświadomimy, że w obecnych czasach pisarzy coraz więcej, a czytelników coraz mniej.

I tego właśnie zdaje się Pan Paweł Pollak nie rozumie lub nie chce zrozumieć. Zarzuca mi także (nie tylko mi zresztą), iż pochlebnie wyraziłem się o moim Wydawcy. Sorry Winnetou, ale dlaczego mam się wyrażać negatywnie? Po wielu próbach wreszcie moje książki zostały wydane w Polsce. I chociaż przy negocjacjach z Wydawnictwem nie było tak słodko i nie obyło się bez nerwów po obu stronach, to jednak spotkałem się ze zrozumieniem i szacunkiem do mojej osoby, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych polskich Wydawcach. Dlatego myślę, że takie tam przynajmniej „dziękuję” chyba Wydawcy się należy. Od dobrego słowa chyba krzywda się nie stanie. I wbrew temu, co Pan Pollak twierdzi, NIE ZAPŁACIŁEM ANI ZŁOTÓWKI Z WŁASNEJ KIESZENI ZA WYDANIE MOICH KSIĄŻEK – WSZYSTKIE KOSZTY POKRYTE ZOSTAŁY PRZEZ WYDAWNICTWO. Ja wiem, że pisanie wielkimi literami oznacza w internecie krzyk i należy używać tego z rozwagą, ale może dzięki temu ten fakt wreszcie dotrze do Pana Pollaka. I może Pan Pollak przestanie w końcu uogólniać i naciągać fakty pod swoją ideologię, gdzie każdy twórca nie zatwierdzony przez niego jako pisarz (szczególnie wydający w Wydawnictwie „Psychoskok”) jest grafomanem.

Jeśli Pan nazywa „Psychoskok” burdelem, to trzeba być konsekwentnym I burdelem nazwać każde Wydawnictwo, któremu udało się przetrwać na niekorzystnym polskim rynku. Dlaczego? Dlatego, że autorzy często muszą finansować swoje dzieła w każdej oficynie wydawniczej. W końcu nie każdy Polak jest Pollakiem i ma takie możliwości jak Pan. Nie każdy należy do tzw. mainstreamu. Już Panu chyba pisałem w komentarzu na Pańskim blogu, że to jest podobnie jak z disco polo. Muzyczny mainstream zazdrości, denerwuje się, tupie nóżką, a disco polo dalej gra, przychodzą na koncerty tłumy i kasa leci. Innymi słowy psy szczekają a karawana jedzie dalej. Podobna sytuacja w literaturze. Są tacy jak Pan, którym pozwolono (z różnych względów) być pisarzem w naszym kraju i których obdarowuje się nagrodami i zaszczytami, choćby nie wiem jakie grafomaństwo uprawiali. I są tacy, co wcale nie są gorsi niż mainstream, a odmawia się im prawa dołączenia do zaszczytnego grona twórców literackich, bowiem stanowicie zamknięty krąg. Dlatego wydają gdzie się da i jak się da. Kto ma prawo zabronić im tego? I na mocy czego? Bo się komuś to nie podoba? Podobnie jest też w innych zawodach, zwłaszcza tych prestiżowych. Ale wbrew temu naszemu polskiemu betonowi, ambitni ludzie wyjeżdżają z tego kraju i odnoszą sukcesy, o jakich literacki mainstream może sobie pomarzyć. I to jest źródło frustracji takich jak Pan, Panie Pawle. Ale głowa do góry, wpisanie w Google frazy „paweł pollak” daje 12 500 wyników, a frazy „tomasz zackiewicz” ledwie 3 440 wyników. Jestem więc rzeczywiście tylko „świeżakiem”. A może dlatego tak tego niewiele, że nie płaczę po internecie jak to zgraja barbarzyńców-grafomanów gwałci jedyną słuszną literaturę produkowaną przez polski literacki mainstream.

Dodam jeszcze, że współfinansowanie książek przez autorów to nie jest problem wyłącznie Polski. Mojej znajomej mąż jest pisarzem i wydaje w Wielkiej Brytanii oraz Australii. Jest znany i jego książki sprzedają się na pewno lepiej niż polskie i ciągle musi finansować swoje dzieła, a jego żona projektować okładki, a przecież wszystko to to przecież powinna być robota Wydawnictwa. Czasy się zmieniły, Panie Pawle. Może w końcu Pan to zauważy.

Co do mnie I mojej twórczości, to mogę dodać, iż przeszedłem do ścisłego finału (chociaż rzecz jasna nie wygrałem) konkursu literackiego dla Polonii  z fragmentem mojej powieści. Recenzentami i jurorami były znane nazwiska z tytułami naukowymi. Moje grafomaństwo zostało więc w jakimś tam sposób docenione. Przetłumaczyłem też między innymi sztukę angloamerykańską na polski dla Roya C. Bootha, z którym ściśle współpracowałem przez pewien czas w USA. Tak więc nie tylko Pan jest wielkim literatem i tłumaczem. Dalej nie będę wymieniać, bowiem nie chcę, aby Pan się poczuł źle. W końcu mimo wszystko życzę Panu dobrze i liczę na opamiętanie.

Mam nadzieję, że wyjaśniłem Panu kilka istotnych faktów. I bardzo proszę o nie wyrywanie moich zdań z kontekstu na swoim blogu i nie interpretowanie ich w sposób pokrętny, gdyż to niczemu nie służy.

Publisher’s Reply

One of the publisher’s replies (according to Brian Woods from Fantasy Writers):

Dear writer,
Thank you for taking time to send us your manuscript. While we did enjoy the story, and liked your style of writing, we feel it is not the right manuscript for us. Thank you.
Signed,
Publisher

Shit! These words are worse than swearwords. We writers hate such replies. Fuck you publishers! Some day, you will be begging to come. I know that. Your mistakes make you lose money.

Robert M. Fletcher — an American Scammer who is preying on Authors

Fletcher5-P1Fletcher5-P2Fletcher5-P3Fletcher5-P4

Author Beware !!!

I wrote this series because not all publishers and literary agencies are honest. This guy, Robert M. Fletcher, and his team have been preying on beginners, selling them false visions as to their books. Because of these suckers, he is a millionaire. I described the whole way of his dirty business via our e-mails.

Dirty War in Syria

Dirty War in Syria — there are my poems dedicated to the brave Syrian nation that is opposing to the Muslim terrorists paid by the West governments. People, we do not want our money spent to waging wars! We have schools, hospitals, universities, etc. No buying weapons!!!

Brakujący element

Brakujący element  (Missing element) — my book about a man who experienced many interesting adventures in South America.

The main character, Adama Przyłuski, is going to Ecuador with his friend on board the ship “Aldona”. He is fed up with living in Poland and wishes to start a new life in Ecuador. He meets Spaniard who saves him from a scrimmage. He offers Adam to work in Peru. They are going to Tumbes by train. Spaniard is murdered….

It’s a story about life in South America, about partisans, hot girls, bandits, and corrupted politicians.

Jest to powieść sensacyjno-przygodowa o egzotycznym smaczku, w stylu książek z dwudziestego wieku, na których wychowały się pokolenia. Napisałem ją, gdyż zatęskniłem za tego typu literaturą, która dla mnie była taką rozrywką jak dzisiaj jest dla młodych internet. Moja powieść nawiązuje do klasyki tego gatunku i mam nadzieję, że spodoba się Państwu. Starałem się, aby ta pozycja nie była tylko takim tam czytadłem, ale również zmuszała Czytelnika do pewnych refleksji. Opowiada historię człowieka, który wbrew własnej woli wplątał się pewną aferę w Ameryce Południowej, mającej ważki wpływ na jego późniejsze życie. Całość dzieje się na tle rozgrywających się wyborów prezydenckich w Peru, w zaskakujących realiach tamtego państwa. Mam nadzieję, że doskonale odtworzyłem atmosferę tamtego czasu, ale to już Szanowny Czytelniku ocenisz sam.

Biały myśliwy i Bestie

Biały myśliwy i Bestie (White Hunter and Beasts)– my book about the hard and bloody time when Kongo Léopoldville was becoming independent.

The main character, Albert Jancewicz, is a Polish emigrant who is looking for a new place to live. After the Second World War, Poland is sold by the West to Stalin. Soviet NKVD are hunting for Polish patriots who are fighting to liberate their country. Albert Jancewicz is running away from a Soviet prison and going to Great Britain. Then, he is going to Kongo Léopoldville where he is working in mines. Then, he is a hunter in Orientale Province. His friend is old French doctor who is managing the clinic in Stanleyville (now Kisangani). His name is Jean-Pierre Paneloux. They are friends, but French has some awful secret from the Second World War. He used to help Nazis to do experiments on prisoners. They used a toxic gas.
In the meantime, “white mercenaries” from Europe destroy a Negro village, from which Jancewicz’s friend, Tumba, comes. Doctor Paneloux, Jancewicz and three former black soldiers are chasing murderers…

It’s a very dramatic story about darkness that is in every of us. It’s a tribute to “Heart of Darkness” by Joseph Conrad and to existentialism.

Myślę, że to będzie jedna z ważniejszych powieści, jakie kiedykolwiek napisałem i jakie jeszcze mam nadzieję napisać w przyszłości. Stanąłem tu w szranki z arcydziełem wszechczasów pod tytułem “Jądro ciemności”. Jest to moje spojrzenie na “mrok” Konga przez losy polskiego emigranta i innych bohaterów książki. Jest to powieść przygodowa w egzotycznej scenerii, ale jednocześnie jest tu tzw. drugie dno. Dużo jest tu uniwersalizmu i smbolizmu. Również jest to książka patetyczna, będąca swoistym hołdem pewnym wartościom. Nie będę ukrywał, że moją inspiracją była nie tylko powieść Josepha Conrada, ale też twórczość egzystencjalistów. Jest to zdecydowanie męska literatura, chociaż zapraszam też żądne silnych emocji panie. Użyłem tutaj realistycznego stylu pozytywistów, aby każdy Czytelnik mógł przeżyć wielką przygodę i poczuć dreszcz emocji przy tych straszliwych wydarzeniach, które zaistniały w głębi kongijskiej dżungli kilkadziesiąt lat temu.

Psychoskok Logo

Psychoskok Logo. It’s my publisher in Poland. I’ve published many books with them so far, and I’m happy.

Mam ponad dziesięcioletnie doświadczenie we współpracy z różnej maści wydawcami, nie tylko polskimi, ale też zagranicznym. Do tego agenci, spece od promocji, filmowcy, scenarzyści i inni z tych branż. Niestety muszę przyznać, że nie było to przyjemne dla autora doświadczenie. Zwłaszcza dla debiutanta. Arogancja i głupota zwłaszcza polskiego rynku wydawniczego woła o pomstę do nieba. Takiej niekompetencji i zwykłego chamstwa trudno szukać w innych branżach.

Na tym tle Wydawnictwo “Psychoskok” jest autentycznym ewenementem. Mają całkowicie inne podejście, zwłaszcza do debiutantów. Widać tu profesjonalizm, szacunek do autora i otwarcie, również na początkujących twórców. Istotne jest również to, że zespół Wydawnictwa “Psychoskok” potrafi pogodzić ryzyko nietrafionej inwestycji z daniem szansy pisarzowi, który dopiero stawia pierwsze kroczki na tym trudnym rynku. Za to należą się gratulacje kierownictwu Firmy, a zwłaszcza Panu Grzegorzowi Malinowskiemu, spiritus movens merytorycznej strony działalności wydawniczej. Trudno znaleźć podobny przypadek w naszym kraju.

Zespół Wydawnictwa “Psychoskok” zawsze udziela wyjaśnień i odpowiedzi na zadane pytania. Możecie Państwo śmiało zwracać się ze wszelkimi swoimi wątpliwościami. Może gdzieś są jakieś zapomniane, spoczywające w szufladach, pokryte kurzem utwory, które powinny ujrzeć światło dzienne. Jeśli tak, to do dzieła! Zależnie od jakości i tematyki utworu zostanie zaproponowany Państwu odpowiedni model współpracy. W zespole Wydawnictwa “Psychoskok” jest ogromna chęć współpracy, kompromisu i elastycznego podejścia do każdego autora i jego utworu. A my jako autorzy mamy kontrolę nad tym, co dzieje się na każdym etapie wydawania naszych dzieł. Ze wszystkim zespół Wydawnictwa konsultuje się z autorem, a ten ostatni nie jest niewolnikiem zdanym na kaprysy wydawcy, ale prawdziwym partnerem wydawnictwa. Szczególnie jest to istotne przy współpracy nad okładką książki, która jest wizytówką całego dzieła. Trzeba pogodzić wizję autora z możliwościami i wyobraźnią grafików. To nie jest łatwe i czasem potrzeba czasu, aby osiągnąć porozumienie, jednak dzięki temu powstają oryginalne i piękne okładki, prawdziwe dzieła sztuki. Wystarczy spojrzeć na pozycje wydawnicze Wydawnictwa Psychoskok, aby wiedzieć o czym mówię.

Współpracuję z Wydawnictwem “Psychoskok” niemalże od czasu powstania i muszę powiedzieć, że jestem mile zaskoczony. Co prawda zdarzały się także pewne potknięcia, nieporozumienia, niejasności, ale to jest całkowicie normalne dla tak młodego wydawnictwa, które dopiero nabiera doświadczenia. Podchodzą do swego fachu uczciwie, do tej pory nie spotkałem się z jakimikolwiek nieprawidłowościami, których jest wiele w innych tego typu firmach. Nie będę wymieniał ich nazw, ale od dłuższego czasu myślę nad książką demaskującą techniki manipulacji wydawców. A mam sporo do powiedzenia. I Wydawnictwo “Psychoskok” będzie chyba jedynym pozytywnym akcentem w tym dziele. Firma ta rozwija się w imponującym tempie i wróżę jej sukces na piekielnie trudnym rynku wydawniczym. Jest szansa na to, aby “Psychoskok” stał się flagowym wydawnictwem w Polsce. I na to liczę. Czas pokaże, czy miałem rację.

Zachęcałem i nadal zachęcam kierownictwo Firmy o pokuszenie się o zdobycie rynków zagranicznych. Zespół Wydawnictwa “Psychoskok” ma ogromny potencjał rozwojowy. Niestety nasz mały “ryneczek” skutecznie może ograniczyć wszelkie ambitne plany biznesowe. Dlatego uważam, że mając wsparcie doświadczonej Agencji Reklamowej “Mediakon” (wraz z jej potężnymi zasobami promocyjno-marketingowymi, którymi zawiaduje urocza Pani Agnieszka Marzol należy próbować wychodzić na świat z naszą literaturą. Nasi twórcy mają wiele do przekazania światu. Wydawnictwo “Psychoskok” wydało wiele mądrych i wartościowych książek, które po przetłumaczeniu mogłyby być światowymi bestsellerami. Nigdy nie rozumiałem strachu (kompleksów?) naszych rodzimych wydawców przed takimi działaniami. Być może Wydawnictwo “Psychoskok” przełamie tą niemoc jako pierwsze.

Właściciel wydawnictwa “Psychoskok”, Pan Ryszard Krupiński, jest człowiekiem szalenie inteligentnym i – z tego, co wiem – doskonałym biznesmenem. Do tego ambitny i nowocześnie myślący zespół wydawniczy. To wszystko sprawia, że kontakt z wydawnictwem to prawdziwa przyjemność. Zwłaszcza słowa Pani Wioletty Tomaszewskiej, odpowiedzialnej za kontakt z autorami, doskonale odstresowują. Szczerze Państwu polecam.

To ludzie tworzą firmę, dlatego jestem pewien sukcesu tego przedsięwzięcia wydawniczego. Ze swojej strony życzę całemu zespołowi wszystkiego najlepszego, bowiem “Psychoskok” jest wzorem dla innych wydawców jak powinno wyglądać prawdziwe wydawnictwo.